REKLAMA

Straż miejska miała pilnować rogatek. Słabo wyszło

Była karetka, był autobus miejski, a teraz jest radiowóz. W Dąbrowie Górniczej między opuszczonymi szlabanami stanęła straż miejska wysłana na miejsce po to, żeby egzekwować zakaz wjazdu na zamknięty przejazd.

Straż miejska miała pilnować rogatek. Słabo wyszło

Ironia jest tu wręcz cudowna w swojej złośliwości. Od 15 września strażnicy miejscy i gminni mogą samodzielnie nakładać mandaty za wykroczenia z art. 97a Kodeksu wykroczeń, czyli za objeżdżanie opuszczonych zapór, wjazd za sygnalizator przy czerwonym świetle i wjazd na przejazd wtedy, gdy po drugiej stronie nie ma miejsca do dalszej jazdy. Wynika to ze zmiany rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji ogłoszonej 31 sierpnia.

Przewidziana za te czyny grzywna nie może być niższa niż 2000 zł, a w warunkach recydywy rośnie do 4000 zł i 15 punktów karnych, o czym pisaliśmy przy okazji planów oddania strażnikom rogatek pod opiekę. Tydzień po wejściu tych przepisów w życie formacja zaliczyła debiut, który trudno byłoby wymyślić nawet jako żart.

Mnie nie dotyczy

Ponad 700-metrowy odcinek ul. Św. Antoniego w Dąbrowie Górniczej jest zamknięty od poniedziałku 21 września ze względu na remont drogi, z wyłączeniem autobusów komunikacji miejskiej. Nie wszyscy kierowcy uznali ten zakaz za wiążący, w dyżurce straży rozdzwoniły się ponoć telefony i na miejsce został wysłany patrol. Do tej chwili wszystko wygląda na podręcznikową interwencję.

Tyle że w tym miejscu ruszyła już karuzela śmiechu. Otóż kierujący radiowozem uznał, że skoro droga jest w remoncie, to rogatki na przejeździe zostały wyłączone, i zaparkował samochód tuż za torami – bezpośrednio przed szlabanem.

Piękne w tym założeniu jest to, ile rzeczy musiało się tu zmieścić: że kolej też ma remont, że pociągi wiedzą o objeździe, że automatyka zna harmonogram robót.

Automatyka pozostała jednak niewzruszona. Nadjechał pociąg, szlabany opadły, a radiowóz został w środku. Publiczność zebrała się błyskawicznie, bo widok munduru w kłopotach działa na gapiów jak magnes, zwłaszcza jeśli te kłopoty wynikają z łamania przepisów. Pasażerowie przejeżdżającego składu z miejscami w pierwszym rzędzie mieli setny ubaw. W sieci nagranie żyło własnym życiem, jeszcze zanim ktokolwiek zapytał, jak to się właściwie stało.

Przecież nie wjechał

Komunikat komendanta zasługuje na osobny akapit. Radosław Romanek podkreślił, że samochód się nie poruszał, nie wjechał na przejazd i nie jechał pod prąd, bo stał tam zaparkowany, zanim nadjechał pociąg. Linia obrony brzmi więc: on tam nie wjechał, on tam po prostu był. Logika godna gęstego wąsa.

Mało tego, szlaban miał zarysować radiowóz, na miejsce wezwano więc policję, a kierowca został ukarany mandatem 1500 zł i zapłaci za naprawę auta. Po zakończeniu postępowania wyjaśniającego czekają go natomiast konsekwencje służbowe. Do tego straż wystąpiła do PLK o zapis z kamer, żeby zweryfikować wyjaśnienia własnych funkcjonariuszy. Formacja, która na co dzień sprawdza tłumaczenia kierowców, musiała sprawdzić tłumaczenie własnego kierowcy.

Tylko skąd taka kwota mandatu?

Taryfikator nie zna pozycji na 1500 zł dla przejazdów kolejowych. Samo zatrzymanie pojazdu na przejeździe kosztuje 300 zł, a wjazd przy opuszczonych zaporach to minimum 2000 zł. Kwota jest więc najpewniej sumą kilku pozycji. Art. 86 § 1 Kodeksu wykroczeń za spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu dolicza do mandatu 1000 zł. Wychodziłoby więc na to, że wykroczenie bazowe zostało wycenione na 500 zł. Może uznano to za tamowanie ruchu albo niezastosowanie się do sygnałów.

Kwota 1500 zł powstaje wtedy, gdy przyjmie się wersję, że pojazd stał, a nie wjeżdżał. Czyli taką, jaką przekazali strażnicy na miejscu. To też tłumaczy filozoficzne uzasadnienie komendanta. A jednak komenda zwróciła się do PLK o nagrania, żeby te wyjaśnienia zweryfikować. Innymi słowy: kwalifikacja opiera się na relacji ukaranego, a materiał dowodowy dopiero jest w drodze. Policja podstawy prawnej nie podała.

Bawić się tym można długo, tylko że tło jest ponure. Ostatnie tygodnie i miesiące to seria zdarzeń na przejazdach, po których minister infrastruktury zapowiadał radykalne zmiany, mimo że jego własny resort wcześniej wykreślił z projektu ustawy dokładnie te przepisy, które teraz obiecuje. Równolegle idą kampanie, apele i filmy pokazujące, jak kończy się lekceważenie szlabanów.

Dąbrowa Górnicza dostarczyła materiał szkoleniowy, którego żaden copywriter by nie wymyślił. Zapłaci za niego jeden strażnik, obejrzała go cała Polska, a wniosek jest taki sam dla munduru i dla cywila: przepis nie zna kategorii „mnie to nie dotyczy”.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.