REKLAMA

Napędowy przewrót w Niemczech. Zapamiętają ten czerwiec

Ojczyzna silnika spalinowego po raz pierwszy w historii zarejestrowała w sprzedaży więcej samochodów elektrycznych niż aut z jakimkolwiek innym napędem. Benzyna wylądowała na trzecim miejscu. Zwrot, który nikogo nie dziwi.

Napędowy przewrót w Niemczech. Zapamiętają ten czerwiec

Kraj, który dał światu Diesla, autobahny bez limitu prędkości i kultową inżynierię, patrzy na czerwcowe statystyki i widzi, że najczęściej kupowanym typem samochodu jest bzyczący elektryk. Według niemieckiego urzędu KBA w czerwcu Niemcy zarejestrowali 84 057 nowych samochodów elektrycznych, o 78,2 proc. więcej niż rok wcześniej. To dało im 28,4 proc. rynku i pierwsze miejsce.

Klasyczne hybrydy uplasowały się tuż za nimi z wynikiem 83 315 sztuk. Różnica to 742 auta, czyli mniej więcej tyle, ile stoi na jednym osiedlu. Ale jest. Benzyna dobiła do 60 796 rejestracji. Diesel uzyskał wynik 33 862, a hybrydy plug-in zamknęły stawkę z 32 212 sztukami.

Oczywiście w skali całej floty pojazdów to ledwie kropla w morzu. Bateryjne auta plus hybrydy plug-in to wciąż jakieś 6 proc. całego niemieckiego parku samochodowego. Rekord jest prawdziwy, ale rewolucja ma dopiero pierwszy miesiąc na liczniku i dużo do nadrobienia.

Jak nie wiadomo, o co chodzi…

Dlaczego ten czerwiec wybuchł? Pierwsza podejrzana to oczywiście kasa. Niemcy od stycznia mają nowy program dopłat – do 6000 euro na auto – z progami dochodowymi i bonusem na dzieci. Zachęta obowiązuje wstecz od 1 stycznia, ale wnioski dało się realnie składać dopiero od 19 maja, gdy ruszył rządowy portal. W czerwcu do obietnicy zwrotów doszła gotówka, która wreszcie zaczęła płynąć.

komisja europejska orlen ceny paliw

Reszta powodów jest mniej efektowna, za to bardziej ludzka. Bliskowschodni kryzys podbił ceny ropy, a Niemcy jednocześnie wygaszali tymczasową ulgę na paliwo, więc każdy przejazd na stację coraz mocniej bolał w portfelu. Do tego producenci, ścigani unijnymi limitami emisji CO2, rzucili na rynek promocje i nowe modele.

Warto też ostudzić emocje jedną rzeczą. Zeszły rok był w Niemczech fatalny, bo poprzedni system dopłat skasowano nagle pod koniec 2023 roku i rynek elektryków runął. Tegoroczne wzrosty liczone są więc od bardzo niskiej bazy. Część ekspertów mówi wprost, że trwałość tego skoku jest bardzo wątpliwa. To dopłaty napędzają zakupy, a bez wsparcia rynek by się złożył.

Nad Wisłą na odwrót

U nas historia wygląda jak lustrzane odbicie całej sytuacji. W czerwcu Polacy zarejestrowali 3050 elektryków, o blisko 20 proc. mniej niż rok wcześniej. Udział w rynku spadł do 5,2 proc. Był to drugi spadkowy miesiąc z rzędu.

Powód PZPM podaje wprost – zabrakło dopłat. Program NaszEauto, który jeszcze niedawno kusił kwotą do 40 000 zł, wyczerpał budżet i przestał realnie napędzać sprzedaż. Efekty było widać w statystyce od razu. Gdy tylko kroplówka z publicznych pieniędzy została odłączona, słupki poszły w dół. System dopłat działa trochę jak substancje uzależniające: dopóki klienci dostają kolejne dawki, cyferki szaleją, ale gdy dawki brakuje, zaczyna się zjazd.

Całe pierwsze półrocze wygląda mniej dramatycznie niż sam czerwiec. Od stycznia do czerwca zarejestrowano w Polsce ponad 16 tys. bateryjnych aut osobowych, czyli o 16 proc. więcej niż w tym samym okresie 2025 roku. Wzrost jest, tylko cała jego siła wzięła się z pierwszych miesięcy roku, gdy dopłaty jeszcze działały i wszyscy pędzili do salonów po swoje.

Da się i bez dotacji

Hybrydy plug-in w Polsce, którym nikt nie dokłada ani złotówki, urosły w czerwcu i w całym półroczu o blisko 100 proc. Z kolei klasyczne hybrydy dobiły w pierwszym półroczu do niemal 160 tys. sprzedanych sztuk – w górę o jakieś 11 proc.

Można to wręcz policzyć na palcach. W samym czerwcu klasyczne hybrydy to 28 369 rejestracji, czyli 48,1 proc. całego rynku osobówek – niemal co drugie nowe auto w Polsce samo się doładowuje przy hamowaniu i nie zawraca nikomu głowy szukaniem ładowarki. Hybryd plug-in wyjechało z salonów 5377, o 98,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Bateryjnych elektryków 3050, o 19,3 proc. mniej niż przed rokiem.

W całym półroczu obraz jest jeszcze wymowniejszy. Klasycznych hybryd zarejestrowano 157 515, co stanowi przeszło połowę rynku. PHEV-ów było 26 686, prawie dwa razy tyle co rok wcześniej. A wszystkich elektryków – 16 479. Czyli kategoria, której nikt nie dotuje, sama urosła o połowę mocniej niż elektryki, na dodatek od znacznie wyższej bazy.

Wygląda na to, że Polak głosuje portfelem przeciw jednej rzeczy – przymusowi. Pełny elektryk, który albo naładujesz, albo stoisz, sprzedaje się coraz słabiej. Za to wszystko, co zostawia zawór bezpieczeństwa w postaci baku – i plug-in z wtyczką, i klasyczna hybryda bez niej – notuje wzrosty. Mimo że nikt nie dopłaca ani grosza.

Morał jest już chyba powszechnie znany. Elektryk sprzedaje się świetnie, dopóki ktoś za niego dopłaca albo dopóki benzyna boli wystarczająco mocno. W Niemczech oba te warunki właśnie się spotkały. U nas skończył się pierwszy, a drugi jeszcze nie jest wystarczająco dotkliwy. I dlatego zamiast rekordu mamy drugi z rzędu miesiąc na minusie, za to z całkiem niezłym półroczem, które trzyma się resztkami po dawnej hossie.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.