Będzie mniej miejsc postojowych. Winne Wasze wybory

Nowe samochody puchną rok w rok – średnio o 1,2 cm na długość. Według aktywistów to oznacza utratę nawet 14 proc. miejsc parkingowych w europejskich miastach do 2040 roku. Brzmi groźnie. Warto jednak głęboko odetchnąć.

Będzie mniej miejsc postojowych. Winne Wasze wybory

Chyba każdy mieszkaniec polskiego osiedla zna to uczucie – wracasz do domu o dwudziestej drugiej, a jedyne wolne miejsce jest akurat o pół metra za krótkie. Stoisz, liczysz centymetry i przeklinasz sąsiada, który zaparkował swojego SUV-a tak, jakby rozsiadał się na sofie z puszką w ręce do oglądania meczu.

Otóż aktywiści miejscy spieszą do nas wszystkich z wiadomością: zostawcie sąsiadów! To nie oni są tu winni. To auta rosną na potęgę.

Kurczą się miejsca parkingowe

Organizacje T&E oraz Clean Cities opublikowały swój najnowszy raport. Twierdzą w nim, że jeśli samochody będą puchnąć w dotychczasowym tempie, europejskie miasta stracą między 8,5 a 14 proc. miejsc parkingowych do 2040 roku. Londyn i Berlin mają oberwać najmocniej – każde z tych miast pożegna ponad 100 tysięcy stanowisk. Warszawa według tej samej analizy ma stracić do 17 tysięcy miejsc.

Zanim jednak chwycimy za widły, jedna uwaga. Autorzy raportu to nie neutralny instytut badawczy, tylko organizacje aktywistyczne. Od lat prowadzą kampanię przeciwko dużym autom, której celem wprost jest odwrócenie trendu na większe samochody. To nie dyskwalifikuje liczb, ale każe traktować je z dystansem. Szczególnie te najbardziej sensacyjne, jak teza, że do 2040 roku w wypadkach ginąć ma o 40 proc. więcej dzieci. Zabieg zaprojektowany tak, żeby liczba trafiła na pierwsze strony – i trafiła.

Czarno na białym

Tyle że sam fakt tycia aut to akurat prawda, którą widać gołym okiem. Weźmy klasyka. Pierwszy Volkswagen Golf z 1974 roku mierzył 3815 mm długości. Dzisiejsza ósma generacja to 4284 mm. Czyli przez pół wieku Golf urósł o blisko 47 cm – tyle, ile mierzy spory jamnik. Auto, które miało być kompaktem, dziś jest dłuższe niż niejeden sedan z lat osiemdziesiątych.

Ford Mondeo? Podobna historia. Pierwsza generacja z początku lat dziewięćdziesiątych zaczynała się od jakichś 4481 mm. Ostatnia, pożegnana w Europie w 2022 roku, dobijała do 4871 mm. Prawie 39 cm w górę. A najnowsza (dostępna tylko w Chinach) to dodatkowe 6,5 cm. I to akurat model, który zniknął nie dlatego, że był za mały, tylko dlatego, że klienci uciekli do jeszcze większych SUV-ów.

Tu dochodzimy do sedna. Auta nie tyją same z siebie. Tyją, bo tuczą je wymagane przepisami elementy wyposażenia. Producenci odkryli też, że na większym aucie zarobią więcej, marketing odkrył, że „większe” można sprzedawać jako „bezpieczniejsze”, klienci odkryli, że z wyższego fotela lepiej widać, i koło się zamknęło. Problem w tym, że miasta ani myślą rosnąć razem z naszymi pojazdami. Ulica z PRL-u ma dokładnie tyle samo centymetrów, ile miała, kiedy parkowały na niej Maluchy, Fiaty Uno, Punto i Cinquecento czy Garbusy.

Zarządzania przestrzenią trzeba się nauczyć

Japonia ten dylemat rozwiązała kilkadziesiąt lat temu. Mam tu na myśli oczywiście kei-cary – klasę aut, której przepisy narzucają twarde limity: maksymalnie 3,4 m długości i 1,48 m szerokości. Mniej niż pierwszy Golf. W zamian właściciel dostaje niższe podatki i ubezpieczenie, a na prowincji jest często zwolniony z obowiązku udowodnienia, że ma własne miejsce postojowe.

Efekt? Inżynierowie, zamiast pompować blachę na zewnątrz, kombinują do wewnątrz – stąd te pudełkowate, zaskakująco przestronne maluchy, do których czteroosobowa rodzina wsiada bez poczucia, że jedzie w puszce po sardynkach. Może trochę mniej bezpiecznie, ale bez blaszanej opuchlizny.

Tak, domyślam się, jakie komentarze przeczytam po takiej opinii w Polsce. Zdaję sobie też sprawę, że nie jest to rozwiązanie dla każdego. I wiem, że przeciętny Japończyk nie ma 180 cm wzrostu. Chodzi o zasadę, nie o kopiowanie twardych liczb.

honda n-van kamper

I zdaje się, że właśnie ogólna zasada to pomysł kuszący na tyle, że Bruksela zaczyna spoglądać w stronę Tokio. Stąd inicjatywa stworzenia europejskiej kategorii małych, tanich aut – czegoś w stylu naszego rodzimego odpowiednika kei-cara. Czy z tego coś wyjdzie, czy skończy się jak zwykle na slajdach z prezentacji – zobaczymy.

A wnioski raportu? Same w sobie nie są głupie. Limity wymiarów, wyższe opłaty za większe auta, premiowanie mniejszych modeli – to wszystko da się obronić. Trzeba tylko pamiętać, kto te liczby liczył, i że organizacja walcząca z SUV-ami rzadko publikuje raport o tym, że SUV-y są w porządku.

Bo prawda jest taka, że auta urosły, parkingi nie, a my ciągle chcemy jeździć czymś, z czego widać dalej. I dopóki to się nie zmieni, żarłoczne grubasy na kółkach będą nam zjadać kolejne miejsca postojowe. Smacznego.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.