REKLAMA

Policja świętuje spadki. Ja jakoś nie umiem się cieszyć

Policja chwali się, że w te wakacje zginęło mniej ludzi, i chce, żebyśmy bili brawo. A ja patrzę na te liczby i za nic nie potrafię nazwać ich sukcesem.

Policja świętuje spadki. Ja jakoś nie umiem się cieszyć

Znowu połowa lata za nami, znowu komunikat w tym samym tonie: jest lepiej, jest bezpieczniej, dziękujemy za uwagę. Do 31 lipca policja naliczyła 2397 wypadków, 158 zabitych i 2885 rannych. Rok wcześniej w tym samym okresie było 2500 wypadków i 188 zabitych.

Spadek jest, tego nikt nie kwestionuje. Tylko skąd ten świąteczny nastrój?

Bo policzmy inaczej. Sto pięćdziesiąt osiem trumien przez połowę wakacji to nadal blisko pięć osób dziennie, które wyjechały i nie wróciły.

Jak ktoś potrafi w takich liczbach dostrzec powód do dumy, to winszuję samopoczucia. Ja widzę tu raczej listę nazwisk, których żaden rzecznik nie przeczyta, bo lepiej się sprzedaje narracja o poprawie bezpieczeństwa.

Stałe menu

Każde takie zestawienie otwiera alkohol, a jakże. W wakacyjnych działaniach mundurowi wyłapali już 10 915 kierujących na podwójnym gazie.

Prawie jedenaście tysięcy ludzi, którzy wsiedli za kierownicę i uznali, że akurat oni mogą. Tyloma osobami można obsadzić spory stadion z polskiej ekstraklasy. I ci ludzie mijają nas codziennie na tej samej drodze, na której my pilnujemy każdego znaku.

Przy prędkości liczby są zwyczajowo ponure. Tylko do końca lipca drogówka złapała 2279 kierowców pędzących o ponad 50 km/h za szybko w terenie zabudowanym i kolejnych 1022 poza nim. Ponad trzy tysiące ludzi, którym w środku wakacji, na drodze pełnej aut z dzieciakami na tylnej kanapie, wydawało się, że limit dotyczy kogoś innego.

A to tylko ci złapani, bo o tych, którym się upiekło, nikt nie wspomina.

Jest w tym komunikacie jeden fragment, który akurat mnie uspokaja. Policja skontrolowała 4023 autobusy wożące dzieci na kolonie i tylko w 22 znalazła poważne usterki. To nieco ponad 0,5 proc., więc mogę napisać bez ironii: ktoś jednak dopilnował sprzętu, zanim wsadził do niego cudze dzieci.

Szkoda, że tej samej staranności nie widać przy nas – dorosłych za kółkiem własnego auta. Autobus przechodzi przegląd, zanim ruszy, a przeciętny kierowca sam sobie wystawia dopuszczenie do ruchu każdego ranka i jest w tym nadzwyczaj pobłażliwy.

Wystarczy na podkładkę do kolejnych zaostrzeń?

Do tego doszły nowe zabawki dla drogówki. Kierowca, który przesadzi z gazem o ponad 50 km/h poza miastem, oddaje prawo jazdy na trzy miesiące – i to nie tylko w mieście. Zmianę zapisano w artykule 135 kodeksu drogowego, znowelizowanego ustawą z 17 października 2025 roku.

Wcześniej za tę samą ciężką nogę na tej samej krajówce najwyżej wpadał mandat, a dokument zostawał w kieszeni. Teraz zostaje w radiowozie.

W statystykach osobno świecą się e-hulajnogi. Od stycznia do lipca miały na koncie 828 wypadków, w tym jedenaścioro zabitych i 745 rannych. Ustawodawca zareagował klasycznie: dzieciom do trzynastu lat zabrał dostęp całkowicie, a młodszym nastolatkom nakazał jazdę w kasku. Jest to jakieś rozwiązanie, o ile ktoś tego dopilnuje, bo kask leżący w przedpokoju albo przypięty do paska nie chroni nikogo.

Jest lepiej, nie jest dobrze

Bruksela naliczyła w zeszłym roku około 19 400 zabitych na drogach całej Unii i pochwaliła się spadkiem o 3 proc. W tym gronie Polska jest jednym z krajów, które idą w tempie pozwalającym na realizację celu, którym jest zbicie liczby ofiar o połowę do końca dekady. Wygląda to na komplement, dopóki nie przypomnimy sobie, z jak wysokiego pułapu trupów startujemy.

Unia zauważa coś jeszcze: ponad połowa śmiertelnych wypadków w Europie ma miejsce poza miastem. Dokładnie na tych krajówkach, na których nasz ustawodawca właśnie zaczął zabierać prawka. Czyli akurat przepis, na który narzeka pół Internetu, celuje dokładnie tam, gdzie jest najbardziej potrzebny.

Nie zrozumcie mnie źle – wolę komunikat, w którym liczby spadają, niż taki, w którym rosną. Tylko że spadek z tragedii na odrobinę mniejszą tragedię to nie powód, żeby otwierać szampana.

Przez całe wakacje policja prowadzi mapę śmiertelnych wypadków, którą aktualizuje codziennie i wyświetla na ekranach w całym kraju. Każdy punkt to jeden pogrzeb, do którego doszło za wcześnie. I dopóki te punkty się zapalają, słupek w rocznym zestawieniu może sobie drgać. Mnie to nie przekona, że jest dobrze.

Najskuteczniejszy sposób, żeby nie trafić do przyszłorocznego komunikatu, jest zarazem najnudniejszy: zdjąć nogę z gazu i dojechać. Bez fajerwerków, bez rekordu, ale też bez kropki na mapie.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.