Od jutra nowa akcja policji. Nie tylko kierowcy muszą uważać
Od piątku, jak co roku w okresie Wszystkich Świętych, na drogach zobaczymy więcej patroli, wideorejestratory i lasery w akcji. Policja przypomina o prędkości, trzeźwości i fotelikach. W drodze na groby bliskich lepiej zdjąć nogę z gazu, a na kurtkę przypiąć odblask.

W te dni wielu z nas pokonuje setki kilometrów, żeby zapalić znicz na grobie bliskich. Jak co roku, przed Wszystkimi Świętymi policja rusza z największą drogową mobilizacją w kalendarzu. Tym razem wzmożone działania potrwają od 30 października do 2 listopada i obejmą całą Polskę.
Co ciekawe, w komunikacie komendy głównej próżno dziś szukać słowa „Znicz” – centrala pisze o działaniach w okresie Wszystkich Świętych, jakby odcinając się od wcześniejszego pseudonimu, który w mediach i w pamięci kierowców trzyma się mocno.
Do standardowych problemów, takich jak prędkość, alkohol czy stan techniczny pojazdu, policja dorzuca jeszcze jeden apel: drogi dojazdowe pod cmentarze mają ograniczoną przepustowość, dlatego tam, gdzie się da, warto zostawić auto i wybrać komunikację publiczną.
Sześć rzeczy pod lupą
Na drogach pojawią się oznakowane i nieoznakowane radiowozy z wideorejestratorami oraz laserowe mierniki prędkości. Policja wylicza sześć rzeczy, na które mundurowi mają być szczególnie wyczuleni: prędkość, trzeźwość i stan kierowcy, uprawnienia, sposób przewożenia pasażerów, stan techniczny auta oraz „ogólne trzymanie się przepisów”. Prawie wszystko, co da się sprawdzić bez grzebania pod maską.
Ponadto w wielu miejscach zmieni się organizacja ruchu, pojawią się jednokierunkowe uliczki i zakazy wjazdu, więc lepiej patrzeć na znaki.

Drugą połową tej układanki są piesi. Pod cmentarzami potrafią wyjść na jezdnię znikąd, a jesienny zmierzch zapada wcześnie i bez ostrzeżenia. Dlatego policja przypomina o odblaskach – poza obszarem zabudowanym, po zmierzchu, przepisy nakazują pieszemu nosić element odblaskowy widoczny dla innych. Na chodniku teoretycznie obowiązku nie ma, ale garść odblasków w kieszeni kosztuje mniej niż kawa na stacji, a potrafi uratować życie albo kości.
Oficjalnie nie chodzi o pieniądze. Jak zapewniał podinspektor Robert Opas z policyjnego Biura Ruchu Drogowego: „Nie zależy nam na mandatach”. Pięknie to brzmi, dopóki nie przypomnimy sobie, gdzie najchętniej ustawiają się patrole z laserem – tam, gdzie teren zabudowany urywa się tuż za znakiem, radiowóz „przypadkiem” przysłaniają krzaki czy inne zabudowania, a pusta droga aż się prosi, żeby nieco przyspieszyć i nadrobić trochę czasu straconego w korkach. Każdy, kto jeździ po Polsce, zna takie miejsca na pamięć.
Pod bramą prawo mięknie
W całej tej akcji najbardziej uwiera paradoks. Surowość obowiązuje na drodze – lekka noga, alkomat, fotelik, stan techniczny. Natomiast pod samą bramą cmentarza prawo nagle mięknie.
Auta stają w poprzek, na chodniku z dala od krawędzi, przed przejściami i na dojazdach dla karetek, a mundurowi, którzy chwilę wcześniej mierzyli prędkość co do kilometra, patrzą na to z filozoficznym spokojem. Tutaj już policjantom przypomina się słowo „wyrozumiałość”. Na drodze błyskawicznie wypada ze służbowego słownika.

Bywa zresztą, że sama kontrola potrafi narobić więcej zamieszania, niż to warte. Tak było chociażby przy porannej akcji „Trzeźwy Poranek”, kiedy policja zablokowała całą wlotówkę do Warszawy w Łomiankach, a koszmarny korek napęczniał tego ranka do absurdalnych rozmiarów. Bezpieczeństwo bezpieczeństwem, tyle że stanie w aucie dłużej również kosztuje.
Apele policji są jak najbardziej słuszne, a większość tragedii bierze się z pośpiechu, brawury i nadmiernego kurażu zasilanego kilkoma promilami. Szkoda tylko, że ta sama czujność, która na trasie liczy każdy kilometr na godzinę, pod cmentarną bramą gaśnie jak znicz na wietrze.
Yanosik i Mapy Google zaroją się w piątek od ikonek kontroli maści wszelakiej. Najbezpieczniej więc dojechać wolno, na trzeźwo i sprawnym autem – a potem i tak uważać, bo ostatnie sto metrów do grobu bywa groźniejsze niż cała trasa.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.