REKLAMA

Potrzebujemy tego fotoradaru. Na razie gnije w składziku

Mamy przepis, mamy kamery i mamy kierowców, którzy codziennie udowadniają, że przepisową odległość między samochodami traktują jak luźną sugestię. Brakuje tylko znaku. I właśnie dlatego dostaniemy go… prawdopodobnie na koniec 2028 roku.

Potrzebujemy tego fotoradaru. Na razie gnije w składziku

Jazda na zderzaku to sport narodowy, w którym Polacy od lat są w ścisłym czubie tabeli. Wystarczy wjechać na dowolną autostradę i zająć lewy pas. Po kilku sekundach w lusterku pojawiają się reflektory, potem grill, a za chwilę można już liczyć wypryski na twarzy kierowcy, który najwyraźniej uważa, że im bliżej podjedzie, tym szybciej dojedzie.

Od 2021 roku obowiązuje przepis, który mówi jasno: na autostradzie i drodze ekspresowej odstęp od poprzedzającego auta ma wynosić tyle metrów, ile połowa prędkości w km/h. Jedziesz setką, to masz trzymać się pięćdziesiąt metrów od następnego auta.

W teorii wszystko pięknie. Natomiast w praktyce przepisu tego pilnują dziś głównie policjanci z wiaduktów, z ręcznym miernikiem i cierpliwością świętego. Czyli prawie wcale.

A można by inaczej

Tu wjeżdża bohater tej opowieści, cały na niebiesko: znak D-124c z napisem „Kontrola odległości”. W eksperckiej propozycji przygotowanej dla resortu przez IBDiM opisano go jako tabliczkę, która uprzedza o miejscu rejestrującym odległość między pojazdami. Ponoć na autostradach i ekspresówkach miałby stać od 500 do 700 metrów przed punktem pomiaru.

Co to oznacza? Otóż całkiem sporo, bo oprócz pionowego oznaczenia z przypomnieniem o tym, że taki wymóg w ogóle istnieje, otworzyłoby to furtkę do zautomatyzowanej kontroli. Krótko mówiąc, fotoradar mógłby sprawdzać nie tylko prędkość, ale też to, czy samochody na lewym pasie zbytnio się ze sobą nie spoufalają.

Najlepsze jest to, że sprzęt już mamy. Polskie drogi usiane są urządzeniami MESTA Fusion RN, które technicznie potrafią zmierzyć odstęp między pojazdami. Jest ich blisko 150 w całym kraju. Tyle że dziś kontrolują tylko prędkość, bo nikt im nie kazał robić nic więcej.

Mamy więc armię urządzeń z talentem, który kompletnie się marnuje. Mamy przepis, którego nikt nie egzekwuje. I mamy problem, który codziennie widzimy w lusterku wstecznym. Brakuje tylko kawałka blachy z piktogramem.

To trzeba na spokojnie

No właśnie. I tu dochodzimy do miejsca, w którym trudno mi zachować spokojny ton tego tekstu. Bo bodaj najpotrzebniejszy dziś znak żyje na razie w dokumencie z kwietnia 2026 roku. 288 stron opatrzonych rozbrajająco szczerym podtytułem: „Wstępna propozycja wymagań, które powinny się znaleźć w nowym rozporządzeniu”.

Wstępna propozycja, którą ministerstwo ma na biurku od kwietnia. W wykazie prac legislacyjnych figuruje dopiero stosowny punkt o nowym, scalonym rozporządzeniu w sprawie znaków, sygnałów i urządzeń bezpieczeństwa ruchu. I dotąd wszystko wygląda standardowo. Trzeba poczekać, musi się przemielić, bo od wstępnej propozycji do znaku na słupku droga jest długa jak piątkowe korki na A4.

Tyle że samo ministerstwo przewiduje, że prace nad zmianą przepisów o oznakowaniu skończą się… do końca 2028 roku.

Dwa lata.

Dwa lata na tabliczkę, którą ktoś już narysował, dla urządzeń, które już stoją, pod przepis, który już obowiązuje.

Do kroćset, nie planujemy tu ciągów pieszych w Centralnym Porcie Komunikacyjnym. Mówimy o tabliczce. Jeśli to nie jest kpina z bezpieczeństwa drogowego, to nie wiem, co nią jest.

Jak się chce, to się da

W międzyczasie – co dodatkowo potęguje mój odbiór tych doniesień – i tak będzie potrzebne nowe rozporządzenie. Bo oto stare przepisy o znakach, zgodnie z odpowiedzią resortu na zapytanie Rzecznika Praw Obywatelskich, zachowują moc najdłużej do 20 września 2026 roku. Czyli resort i tak musi usiąść, otworzyć dokument, zmienić przepisy i wyprodukować kolejne strony papieru.

Pytanie brzmi więc: naprawdę nie można przy okazji dopisać jednego znaku?

jazda pod prąd na autostradzie znak

A dopiero co pisaliśmy o tym, że rządzący potrafią radzić sobie z takimi problemami. Kiedy okazało się, że projekt nowych tablic rejestracyjnych musi poczekać na błogosławieństwo z Unii, ministerstwo rozbiło przepisy na dwa, wprowadziło te, które mogło, a resztę wysłało w kolejkę po pieczątkę Brukseli.

Dlaczego więc tutaj nie można zrobić podobnie i wprowadzić to, co jest pilnie potrzebne (i gotowe), a nad resztą debatować przez dwa lata?

Nie wiem. I pewnie dlatego nie nadaję się do resortu. Na razie zostaje nam to, co zawsze: zerkanie w lusterko, w którym rośnie czyjś zderzak, i cicha nadzieja, że kiedyś – za dwa lata, za trzy, kiedykolwiek – ten ktoś zobaczy niebieską tabliczkę i zdejmie nogę z gazu.

A znak? Będzie. Kiedyś.

Na razie siedzi w opracowaniu, w wykazie, we wstępnej propozycji, w planach.

Wszędzie, tylko nie na drodze.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.