REKLAMA

Młodzi kupują auta, jak leci. Miłość do papierów przychodzi z wiekiem

Dwudziestolatek patrzy na cenę i wzrusza ramionami na brak historii. Pięćdziesięciolatek patrzy na historię i wzrusza ramionami na cenę. Nowe badanie pokazuje, że dokumentacja pojazdu to towar, który z wiekiem drożeje bardziej niż samo auto.

Młodzi kupują auta, jak leci. Miłość do papierów przychodzi z wiekiem

Wszyscy znamy tego Mirka handlarza, który pewnym siebie głosem mówi „Historia? A po co panu historia? Auto chodzi jak złoto” i patrzy, czy kupujący mrugnie. Okazuje się, że to, czy mrugnie, zależy głównie od jego daty urodzenia.

Z lipcowego, reprezentatywnego badania Carfax wynika, że 22 proc. Polaków rozważyłoby zakup auta bez udokumentowanej historii przy obniżce większej niż 10 proc. od ceny rynkowej. Pozostałe 78 proc. odrzuciłoby taką ofertę za każdą cenę. Czyli ponad trzy czwarte na sam widok białej plamy w papierach mówi „dziękuję, następny”. I byłby to powód do zadowolenia, gdyby nie fakt, że obraz wyraźnie się zmienia, kiedy rozbijemy tę liczbę na roczniki.

Bo w grupie od 18 do 24 lat na taki zakup zdecydowałoby się 39 proc. badanych. Czterech na dziesięciu młodych kiwa głową na propozycję „auto bez papierów, ale taniej”.

#YOLO!

Jeśli da się zaoszczędzić, to niestraszna nawet randka w ciemno z dwutonową niewiadomą. W wieku powyżej 55 lat ten sam odsetek spada do 11 proc. Trzy i pół raza mniej. Widać tu jak na dłoni, co się dzieje z człowiekiem między pierwszą a trzecią wymianą sprzęgła na własny koszt.

Można to nazwać brawurą młodości. Ja to nazywam podatkiem od ufności. Dwudziestolatek jeszcze wierzy, że sprzedawca z parkingu pod lasem chce dla niego dobrze. Pięćdziesięciolatek już wie, że jedyne, czego ten sprzedawca chce, to schować gotówkę głęboko do kieszeni, zanim kupujący pierwszy raz odpali auto na zimno.

Dane sięgają głębiej niż metryka

W mniejszych miejscowościach i na wsi udokumentowana historia pojazdu rzadziej niż w wielkich aglomeracjach bywa kwestią kluczową przy zakupie. Tam wciąż działa stary system weryfikacji: „To auto od szwagra sąsiada, wszyscy je znają”.

I trzeba uczciwie powiedzieć, że czasem to lepsze niż niejeden raport. Sąsiad nie ucieknie z pieniędzmi za granicę, a reputacja w małej miejscowości bywa skuteczniejsza niż jakakolwiek baza danych. Niestety bywa i tak, że szwagier sąsiada okazuje się mieć bardzo twórcze podejście do liczb na liczniku, a kupujący dowiaduje się o tym dopiero wtedy, gdy „znajomy” nagle przestaje odbierać telefon.

Liczby na liczniku to zresztą osobny rozdział polskiej motoryzacji. Według różnych danych nawet 12 proc. samochodów w Polsce ma kręcony przebieg, a średnia skala cofnięcia to prawie 70 tys. km. Do tego trzeba doliczyć te, które nie zostały ujęte w żadnych danych. Sam nieraz oglądałem auta z wytartą kierownicą jak po taksówkarzu i „sto trzydzieści” na liczniku. Jeden sprzedawca tłumaczył, że kierownica po prostu „miała gorszą skórę”.

Kupując bez historii, młody nabywca nie tyle ryzykuje, co dobrowolnie zgłasza się na loterię, w której główną nagrodą jest kapitalny remont silnika, wyciąganie skrzyni albo inne podobne atrakcje. Dopłata i tak będzie, tyle że odłożona w czasie.

Ostrożność ma swoją cenę

Reszta rynku dawno przestała ufać zapewnieniom. Wcześniejsze badanie Carfaxu pokazało, że aż 65 proc. kupujących bardzo obawia się oszustw przy takiej transakcji, a 16 proc. przyznaje, że już kiedyś padło ofiarą poważnego przekrętu.

A kiedy już zaliczysz tę drugą stronę, zaczynasz patrzeć inaczej. Ktoś może to nazwać paranoją, ale tak naprawdę to pamięć mięśniowa całego pokolenia, które sprowadzało „bezwypadkowe” auta z zachodu i odkrywało prawdę dopiero na podnośniku albo kanale.

Bo to nie jest tak, że młodzi są głupsi. Oni po prostu jeszcze nie zapłacili frycowego. Taka zmiana nie przychodzi z wykładu, tylko z rachunku od mechanika. Dwudziestolatek nie miał jeszcze tej jednej transakcji, po której człowiek zaczyna czytać historię pojazdu z uwagą, z jaką powinno się czytać umowę kredytową w walucie obcej zawieraną na trzy czy cztery dekady. Tam taka skłonność do ryzyka by nie przeszła, prawda? Prawda?

handlarz oszust

Prawo? Niby jest i akurat w tych sprawach brzmi groźnie. Zgodnie z artykułem 306a Kodeksu karnego za zmianę wskazania drogomierza grozi od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności, i to zarówno kręcącemu, jak i zlecającemu kręcenie. Papier jest surowy. Egzekucja mniej.

Rynku wtórnego nikt nie posprząta za nas. Można za to sprawdzić auto samodzielnie, choćby w darmowym rządowym serwisie historiapojazdu.gov.pl albo w aplikacji mObywatel, zanim wręczy się komukolwiek gotówkę.

Nasza lista czerwonych flag podpowiada, na co jeszcze patrzeć, a szerszy poradnik kupującego prowadzi przez to krok po kroku. To kilkanaście minut, które może oszczędzić kilkanaście tysięcy złotych i kilka lat wiary w ludzi.

Bo „auto chodzi jak złoto” to najdroższe zdanie w polskiej motoryzacji. Najczęściej wystarczy jedna wizyta w warsztacie i „chodzi” magicznie zamienia się w nim na „kosztuje”.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.