Jest w Polsce takie miejsce, w którym samochody i tramwaje wreszcie coś łączy. Niestety, tym czymś jest gorzki smak porażki i słone łzy ściekające po policzkach, bo obie strony przegrały na całej linii. Ranking przyjazności dla kierowców? Samo dno. Komunikacja miejska? Również. Remis w jedynej kategorii, jaka mu została: „najgorzej”.

Znam takie miasto, w którym mniej więcej od godziny 15:00 czas płynie inaczej niż w reszcie kraju. Wsiadasz w centrum, ruszasz spod świateł, mijasz jedną kamienicę i już wiesz, że najbliższe pół godziny spędzisz na podziwianiu świateł stopu poprzednika. Średnia prędkość w tutejszym centrum to podobno 25 km/h. Być może, chociaż gdybym miał szacować na podstawie organoleptyki, ściąłbym ten wynik o połowę.
Nie dziwi więc szczególnie fakt, że właśnie to miasto zajęło ostatnie miejsce w rankingu miast przyjaznych kierowcom, przygotowanym przez Yanosika i Oponeo. Ex aequo z Poznaniem, co jest jedyną pociechą, bo w nieszczęściu zawsze raźniej we dwoje. Trzydzieści punktów. Dla porównania Bydgoszcz zgarnęła 43, Lublin 41, a Szczecin 36.
Regres to nowy progres
Podwójnie boli to, że ranking powstaje od 2019 roku, a rzeczone miasto dopiero teraz sięgnęło absolutnego dna. Pierwszy raz w historii. Ba! W 2022 roku zajęło drugie miejsce, ustępując tylko Gdańskowi. A później już tylko równia pochyła i awans w drugą stronę. Gratulacje dla wszystkich, którzy się do tego przyłożyli.
Skąd ten wynik? Pierwsze w kolejce są kolizje. W ubiegłym roku doszło tu do prawie 8 tysięcy stłuczek, czyli 12,5 na tysiąc mieszkańców. Gorszy był tylko Lublin, który za to wygrał w prędkości, parkowaniu czy cenach ubezpieczeń. Tam widocznie umieją sobie jakoś zbilansować fakt, że stłuczka to nie niefortunne zdarzenie, tylko element krajobrazu – taki sam jak dziura w jezdni i objazd, który prowadzi przez objazd.

Tutejszy urzędnik tłumaczy to zabudową – ciasną, wymuszającą przejazd przez samo centrum, z mnóstwem ulic jednokierunkowych. Wymówka może i zgrabna, tylko że tę zabudowę mamy od stu lat, a na ostatnie miejsce spadliśmy w tym roku. Coś się tu nie klei.
Kto by się spodziewał
To jeszcze nie koniec wieści z samego centrum kraju. O nie! To miasto, a właściwie Zarząd Dróg i Transportu, ma tu wyjątkową umiejętność robienia wszystkiego na opak. Bo przecież skoro remontujemy estakadę, która jest główną arterią łączącą południe z północą, to czemu by nie zamknąć 500 m dalej jednego z rozsądniejszych objazdów? I to takiego, który akurat prowadzi pod największą halę widowiskowo-sportową w mieście. A co tam, zamykamy, pojadą innym.
Tylko ten inny, w linii prostej jakiś kilometr dalej, też jest rozkopany. Akurat z okazji budowy śluzy dla tunelu średnicowego. Czy tam tego drugiego, bo w budowanych aktualnie tunelach, śluzach, przystankach, estakadach, wlotach i wylotach naprawdę trudno się nie pogubić. Przejechać się da, ale objazdem objazdu zwężonym do jednego pasa.

Mało tego. Nie dalej niż wiosną ten sam odcinek był również zablokowany, bo akurat remontowano wiadukt kolejowy, a ruch puszczony był mijanką. Remont wiaduktu zaczął się z kolei jakiś miesiąc po zakończeniu wcześniejszych prac – zmiany organizacji ruchu z wymalowaniem nowych pasów na drodze przechodzącej pod tymże wiaduktem, ustawieniem wysepek oraz remontem chodników z budżetu obywatelskiego. A wszystko to po niespełna dwóch latach, kiedy to dochodząca doń z drugiej strony ulica była gruntownie przebudowywana.
Przy okazji reorganizacji ruchu doszła nowa sygnalizacja świetlna, której ponoć „domagali się mieszkańcy”. Konia z rzędem temu, kto takiego mieszkańca znajdzie. Jak dotąd, żaden się nie ujawnił. A efektem jest to, że jadąc od centrum i chcąc zawrócić, żeby zjechać w osiedle po lewej, potencjalnie stoi się na pięciu światłach na odcinku jakichś 300 metrów. Osiedle, na którym właśnie postanowiono wymienić instalację ciepłowniczą, rozkopując je z każdej możliwej strony oraz przez środek.

Pewnie czytając te słowa, trudno w to uwierzyć. Rozumiem, ale ręczę, że wszystkie te informacje są zgodne ze stanem faktycznym na dziś. Bo to moje osiedle.
MPK? Ha, ha, ha!
Dobra, to może zostawić auto w garażu i przesiąść się do tramwaju? Cóż, pewnie się nie spodziewacie, ale tu też mam złą wiadomość. Według raportu Jakdojade tutejsza komunikacja miejska też jest najgorsza w Polsce. Ocena 5,79 na 10, ostatnie miejsce w kraju, przegrana niemal w każdej kategorii: komfort, bezpieczeństwo, odległość do przystanku. Danych o opóźnieniach nie było. Obstawiam, że ktoś się po prostu nie doczekał.
Moja żona jeszcze niedawno pracowała na północy (mieszkamy lekko na południowy zachód od centrum). Ja musiałem zabrać auto do stolicy. Ona miała do pokonania komunikacją miejską 8,8 km plus łącznie jakiś kilometr spacerem. Ja jechałem autostradą 143 km na Kabaty. Co prawda, istnieje niewielka szansa, że gdzieś po drodze cyferki na prędkościomierzu raz czy dwa pokazały więcej niż dozwolona prędkość, ale to zostawmy. Dotarliśmy w odstępie kilku minut.

Bo tutaj „pojadę tramwajem” to spacer do przystanku dłuższy niż sama podróż, tablica obiecująca odjazd „za 1 minutę”, po czym pojazd rozpływa się w cyfrowym niebycie niczym duch. A na koniec jeszcze spacer na miejsce. Testowaliśmy to już wielokrotnie w innych miastach i wnioski były zaskakująco zbieżne: zbiorkom bywa piękny na papierze i tragiczny w praktyce. Tyle że tutaj jest najgorzej.
Rozumiecie sytuację? Nie ma ucieczki*. Samochodem stoisz w korku, ewentualnie spisujesz oświadczenie po kolizji. Na tramwaj najpierw czekasz pół godziny, żeby odkryć, że gdzieś coś nie poszło. Idziesz więc kawał na inny przystanek, po drodze niemal na pewno się przesiadasz, ewentualnie czekasz, bo akurat ktoś zaparkował tak, że wystaje na tory. Albo wracasz do domu.
To nie jest miasto, to test charakteru
Ranking dla kierowców nie liczył nawet liczby miejsc parkingowych. I całe szczęście, bo gdyby je liczył, prawdopodobnie spadlibyśmy poniżej zera. U nas jest jeden – słownie: jeden – parking systemu Park and Go. Wrocław ma ich trzydzieści, Kraków 10, a Bydgoszcz 5. Bydgoszcz!
Paliwo akurat mamy tańsze – drugie najtańsze wśród dużych miast za Krakowem. I to jest jedyna kategoria, w której łapiemy się na podium, co mówi wszystko o poziomie naszych ambicji. Możemy taniej stać w korkach.
Puenta? Nie ma dobrej puenty. W tym mieście wszystko jest najgorsze. Nawet to, co nas wreszcie zjednoczyło. Kierowca i pasażer – dwa plemiona skazane na wieczną wojnę o pas ruchu – stoją teraz ramię w ramię na samym dnie odpowiednich rankingów i poklepują się po ramieniu ze zrozumieniem. Przegraliśmy razem. To chyba jakaś forma wspólnoty.
A więc na pytanie, czy lepiej jeździ się tu autem czy tramwajem, odpowiadam zgodnie z prawdą: nie. Liczy się tylko to, żeby mieć dokąd wracać. I żeby tam akurat nie było objazdu.
*I właśnie dlatego jeżdżę motocyklem.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.