Znalazłem V8 za 150 000 zł. Dziwne, że wolicie SUV-a
Do zakupu luksusowej limuzyny wcale nie potrzebujecie pół miliona złotych. Za 150 000 zł dostaniecie auto z V8 i lepszym spasowaniem niż w większości nowych samochodów.

Bądźmy szczerzy, większość z nas w życiu nie będzie mogła sobie pozwolić na zakup nowej limuzyny segmentu F, których ceny często zaczynają się od 500 000 zł. Nie oznacza to jednak, że w waszym garażu nie może stanąć używany egzemplarz luksusowego modelu z silnikiem V8 i to za kwotę, za którą normalnie szukalibyście nudnego oklepanego SUV-a. Do 150 000 zł można znaleźć naprawdę niezłe perełki.

Znalezienie limuzyny z V8 do 150 000 zł to pestka
Każdy, kto choć raz przejechał się limuzyną pokroju Klasy S, serii 7 czy A8 wie, że sedany te, zwłaszcza egzemplarze starszych generacji, potrafią mieć materiały lepszej jakości i spasowanie dokładniejsze niż w niejednym nowym SUV-ie. Nic dziwnego, bo lata temu każdy z tej trójki kosztował po kilkaset tysięcy złotych i dopiero dziś ich ceny spadły do poziomu tanich modeli z Chin, czyli okolic 150 000 zł.
Oczywiście za takie pieniądze da się wyjechać naprawdę świetnym nowym autem prosto z salonu, ale wiele osób myśli, że za definicją luksusu kryje się wielki ekran, tuzin asystentów i futurystyczny design. Prawda jest jednak taka, że kilkuletnie limuzyny wciąż robią wrażenie na ulicy, a za 150 000 zł dostaniecie używane egzemplarze z mocnym V8 i w stanie, któremu daleko od trupa.

Klasa S z 2020 roku to nadal świeże auto
Żeby poszukać Klasy S do 150 000 zł, trzeba oczywiście ograniczyć się do poprzedniej generacji (W222), ale bez większego problemu można rozglądać się za egzemplarzami po liftingu. Dobry przykładem jest ta eska z 2020 roku za 149 000 zł. To jednak opcja dla tych, którzy lubią chromy i srebrne felgi, bo w takim lakierze wszystko zlewa się w całość. Wnętrze to już pewien kontrast, czerń i drewno dobrze do siebie pasuje, a do tego dostaniecie dwa duże ekrany, które nie wyglądają staro. Zresztą, zauważcie, że taka konfiguracja wyświetlaczy u większości producentów pojawia się dopiero teraz, czyli uznają to za nowoczesne.
Pod maską znajdziecie czterolitrowe V8 generujące 469 KM, które współpracuje z dziewięciobiegową skrzynią automatyczną. Samochód ma 88 tys. km przebiegu, więc robił jakieś 15 tys. km rocznie. Jest to wersja S 560 4MATIC, która pojawiła się w Europie przy okazji odświeżenia Klasy S W222 w 2018 roku i zastąpiła wersję zwaną jako S 500. Co ciekawe, do 150 000 zł łatwo znajdziecie też sportowe 585-konne S 63 z 5,5-litrowym V8, ale tutaj w grę wchodzą już tylko przedlifty.

Siódemka w longu to też dobra opcja
Nie samą Klasą S człowiek żyje, a tak się składa, że za jeszcze niższe pieniądze można mieć BMW serii 7 z mniejszym przebiegiem, większym silnikiem, w ładniejszej konfiguracji i w przedłużonej wersji nadwozia. Za 134 900 zł dostaniecie bowiem 750Li z 4,4-litrowym V8 generującym 450 KM i automatyczną skrzynią biegów. Przebieg to 80 tys. km, więc samochód jeździł jeszcze mniej, bo jest z 2018 roku, co daje jakieś 10 tys. km rocznie.
Najlepsza jest jednak jego konfiguracja, bo czarny lakier świetnie kontrastuje ze srebrnymi felgami i żebrami grilla, a czarne listwy dodają więcej sportowego charakteru. Wnętrze to moje ulubione połączenie, czyli brązowa skóra i drewno – mówcie, co chcecie, może być po dziadkowemu, ale wolęto niż trzy ekrany ze sztuczną inteligencją i dostępem do platform streamingowych. A to wszystko z dodatkowym miejscem na nogi, bo siódemka long (G12) mierzy aż 5238 mm długości.

W Audi A8 trzeba iśc na kompromis
Audi A8 to wyjątkowy zawodnik, bo za 150 000 zł można już znaleźć egzemplarze najnowszej generacji, ale niestety nie z V8, lecz trzylitrowym dieslem. Nic dziwnego, bo wcielenie D5 zaprezentowano dziewięć lat temu, a produkcję zakończono dopiero niedawno. Żeby dostać ośmiocylindrowy silnik w tej kwocie, trzeba spojrzeć na modele A8 D4 z lat 2009–2017, ale bardziej kierowałbym się w stronę egzemplarzy po liftingu.
Problem w tym, że wcale nie ma ich dużo, ale jeden, którego udało mi się znaleźć, kosztuje 145 899,99 zł i ma czterolitrowe V8 generujące 435 KM. Samochód ma 62 tys. km przebiegu i pochodzi z 2014 roku, czyli rocznie jeździł mniej niż Klasa S i Seria 7 powyżej. Konfiguracja to klasyka, czarny lakier i ciemne wnętrze z drewnem dobrze się łączą, a kabina nie będzie wymagała tak wiele uwagi, co przy jasnych tapicerkach. Ten konkretny egzemplarz został jednak sprowadzony z Japonii, choć był serwisowany w tamtejszym ASO Audi.

Zostańmy przy Japonii
Skoro już jesteśmy przy Japonii, do głowy naturalnie przychodzi Lexus LS, który z silnikami V8 był produkowany do 2017 roku. Udało mi się znaleźć egzemplarz LS 460 AWD właśnie z tego rocznika, który ma 4,6-litrowe V8 o mocy 370 KM. Specyfikacja przypomina trochę Klasę S – srebrne nadwozie i czarny środek, ale wizualnie po Lexusie chyba najbardziej widać upływ czasu. Samochód ma też 180 tys. km przebiegu, więc trochę przejeździł, ale jeśli boicie się ewentualnych awarii, dodam tylko, że właściciel wycenił go na 128 000 zł, czyli 22 000 zł zostanie w kieszeni tak na wszelki wypadek.

Ryk Jaguara straszy rywali
Całkowicie rozumiem, jeśli stwierdzicie, że wszystkie z tych propozycji są zbyt eleganckie i brakuje im pazura. Na deserek został więc drapieżny Jaguar XJ z 2017 roku z 5-litrowym 550-konnym V8. Samochód ma 149 tys. km przebiegu, czyli też już trochę przejeździł, ale jednocześnie nie wydaje się tak oczywistym wyborem jak niemiecka konkurencja, co jest zaletą. Za 150 000 zł dostaniecie czarny egzemplarz z brązowym wnętrzem i drewnianymi wstawkami, które nawet po latach wydają się bardziej luksusowe niż w wielu nowych samochodach.
Jak widzicie, za 150 000 zł można już naprawdę zasmakować uroków prawdziwej limuzyny, a jeśli zrezygnujecie z paliwożernego V8 na rzecz bardziej oszczędnej jednostki, powinniście dać radę znaleźć młodsze egzemplarze i z jeszcze niskim przebiegiem. W głowach wielu ludzi takie samochody nawet po latach kojarzą się z kwotami sięgającymi kilkuset tysięcy złotych, co jak widać, nie musi być prawdą, a tylko pokazuje, że sześcio- czy ośmioletnie auta nadal potrafią dobrze wyglądać. Oczywiście mam na myśli zadbane egzemplarze ze sprawdzoną historią, a nie koty w worku z masą przygód, które sprzedający stara się ukryć.
Więcej o limuzynach przeczytasz tutaj:
Ukończył studia na kierunku Dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Na co dzień specjalizuje się w marketingu medycznym jako SEO writer i redaktor tekstu, ale to motoryzacja zajmuje specjalne miejsce w jego sercu już od najmłodszych lat. W wolnych chwilach rozwija pasję do fotografii, wykonując sesje zdjęciowe samochodów sportowych. W swoim portfolio ma dziesiątki współczesnych modeli Ferrari, Lamborghini i Porsche. Kocha lotnictwo, dlatego weekendami potrafi godzinami szybować po cyfrowym niebie.