Trzydzieści stopni w cieniu, asfalt się rozpływa, a połowa osiedla wsiada na motocykle w t-shirtach i trampkach. Rozumiem pokusę, naprawdę. Ale na rynku jest kilka tkanin, które chłodzą prawie tak samo, a jednocześnie chronią przy kontakcie z podłożem.

Jest taki gatunek motocyklisty, który zimą obkłada się protektorami niczym średniowieczny rycerz, a w lipcu wsiada na maszynę w bawełnianej koszulce ze średnio zabawnym napisem w przekonaniu, że upał go rozgrzeszy. Znam ten typ, bo sam nim bywałem. Tyle że asfalt nie sprawdza prognozy pogody, zanim zacznie zdzierać z ciebie naskórek.
Jazda na zdrapkę – czyli w t-shircie, krótkich spodenkach i samym kasku, bo tyle wymaga prawo – to klasyka polskiego lata. I rozumiem, skąd się bierze: w skórzanym kombinezonie albo pełnej kurtce tekstylnej człowiek czuje się jak schab w piekarniku. Na szczęście między duszonym schabem a zdrapką jest cała półka rozwiązań, o których wielu kierowców po prostu nie wie. Albo wie, ale wybiera koszulkę, bo tak najwygodniej i najtaniej.
To pora zrobić porządek, od najmocniejszego do najgorszego.
Hierarchia bezpieczeństwa
Na szczycie stawiam to, co producenci sprzedają pod nazwą steel mesh. Tu mała uwaga, żeby nikt nie pomyślał, że polceam jazdę w kolczudze: to nie jest żadna stalowa siatka, tylko handlowa nazwa gęstszego, mocniejszego splotu poliestru, którą stosują takie marki jak Rebelhorn czy Shima.
Taka tkanina – obok dużych paneli wentylacyjnych – ma wzmocnione strefy w miejscach, które przy glebie dostają najmocniej: barki, łokcie, plecy. Wygląda jak moskitiera, a w środku trzyma certyfikowane protektory i ścieralnością ma ponoć dorównywać Cordurze. Krótko mówiąc: oddycha jak siatka, a chroni lepiej niż większość rzeczy z letniej garderoby. Mam, używam, jeszcze na szczęście nie testowałem ścieralności na asfalcie, ale wrażenie robi porządne.

Niżej jest zwykły mesh – ten z tańszych letnich kurtek. Działa na tej samej zasadzie, tyle że splot jest luźniejszy, a wzmocnień mniej. Nie ma się co oszukiwać: kurtki meshowe są mniej bezpieczne niż tekstylne, bo siatka zastępuje materiał odporny na ścieranie. Dlatego warto szukać przynajmniej certyfikatu CE klasy A, a najlepiej AA.
Zachód ma na najtańsze meshe złośliwą ksywę: jacket teabag, czyli torebka herbaty – bo mniej więcej taką samą mają wytrzymałość na rozdarcia przy dłuższym szlifie. Ale i tak chronią lepiej niż bawełna czy goła skóra, przede wszystkim dlatego, że trzymają protektory, więc chociaż pierwsze uderzenie zostanie rozproszone.
Jeszcze niżej ląduje buzer – uproszczona zbroja z ochraniaczami połączonymi elastyczną siateczką. Świetna na rower i w teren. Słabiej do miasta, bo zwykle rozlatuje się już przy małych prędkościach. Materiał trzymający protektory przy spotkaniu z asfaltem ulega błyskawicznej dezintegracji, więc ochrona przed otarciami jest umowna. To raczej nosiciel protektorów niż prawdziwa odzież, ale lepsze to niż nic.
A na samym dnie – t-shirt. Czyli właśnie nic. Bawełniana koszulka przy szlifie znika na pierwszych centymetrach, a do tego nie chroni nawet przed gorącymi elementami samego motocykla, o czym przekonuje się każdy, kto choć raz oparł łydkę o wydech. Ale przy glebie będzie niezły materiał na zdjęcia – skóra będzie się mienić kolorami tęczy przez dobrych klika tygodni.
Literki, cyferki
Warto przy okazji wiedzieć, że całą tę odzież da się porównać po metce. Kurtki podlegają normie EN 17092, która szereguje je w skali od C do AAA według odporności na ścieranie – i dla kogoś, kto jeździ głównie po mieście, klasa A zwykle wystarcza. Ważniejsze od samej tkaniny i tak są protektory, bo to one, a nie materiał wierzchni, łapią energię uderzenia.
Tu pojawia się pytanie: skoro steel mesh jest taki cudowny, to po co reszta tego cyrku z chłodzeniem? Ano po to, że nawet najlepsza siatka nie zatrzyma odwodnienia, a to ono, a nie asfalt, najczęściej wyłącza człowieka w trasie.
Gdyby chcieć to uprościć, poniżej 29 stopni Celsjusza wystarczą standardowe środki, między 29 a 35 trzeba pić i jeździć w meshu, a powyżej 35 kamizelka chłodząca i częste postoje przestają być fanaberią. W ekstremalnym upale można stracić nawet ponad litr płynów na godzinę, a sama woda przestaje wystarczać – potrzebne są elektrolity.
Akcesoria pomocnicze
Pierwsze to camelbak, czyli plecak z bukłakiem i rurką, z której pociągasz w trakcie jazdy albo na światłach. Banał, a zmienia wszystko, bo problem z nawodnieniem nie polega na tym, że nie pijemy – tylko że pijemy źle. Wlanie w siebie litra na stacji co dwie godziny nie działa. Organizm wchłania ograniczoną ilość naraz, reszta po prostu przez ciebie przelatuje. Lepiej sączyć po łyku co kilka minut, a do tego camelbak nadaje się wręcz idealnie. Trochę lodu do środka i przez dobrych kilka godzin masz pod ręką cudownie chłodny, orzeźwiający napój.

Drugie to kamizelka chłodząca. Tutaj są dwie szkoły. Kamizelkę ewaporacyjną namaczasz w wodzie, wyżymasz i zakładasz – wilgoć schładza cię na kilka godzin, a na postoju powtarzasz i jedziesz dalej. Efekt jest najmocniejszy właśnie pod meshem dzięki pędowi powietrza. Sam byłem sceptykiem, ale trafiła mi się taka i muszę powiedzieć, że działa, nawet na południowych spacerach z psem.
Druga szkoła to wkłady żelowe do schładzania w lodówce. Działają agresywniej, ale krócej. Natomiast w trasie są trochę jak jednorazówki. Z tego jeszcze nie korzystałem, więc doświadczeń nie mam, ale widziałem je chociażby na igrzyskach w Tokio, jak w przerwach okładali się nimi skateboarderzy.
Do tego cała garść drobiazgów, które nic nie kosztują: mokra chusta na kark; jasne kolory zamiast czarnego, który chłonie słońce jak gąbka; jazda wcześnie rano, gdy bywa nawet kilkanaście stopni mniej niż w południe. Krótkie spodenki też mi się zdarzają, ale tylko w połączeniu z nakolannikami. Uczę się na cudzych błędach.
Moim prywatnym hackiem jest też tzw. atomizer w kieszeni. Spryskanie twarzy i karku chłodną wodą co kilka minut potrafi być bezcenne dla komfortu jazdy. Mam takie poutykane w kurtkach, w torbach. Kosztują grosze, a potrafią zdziałać cuda.
Dziś wybór nie sprowadza się już do skrajności „wygoda kontra bezpieczeństwo”. Teraz można wybierać między ciuchem, który chłodzi i chroni, albo koszulką, która nie robi ani jednego, ani drugiego.
Lato jest krótkie. Skóra goi się zdecydowanie dłużej.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.