REKLAMA

Kupiłem 1 kWh za 35 zł. Tak się żyje w elektromobilnym raju

Zawsze wzruszają mnie wakacyjne przygody kapłanów elektromobilności, którym życie przynosi zawsze słońce. Widocznie wszelkie niedoskonałości związane z jeżdżeniem na prąd muszą spadać na kogoś innego, czyli na mnie. I tak się stało.

Kupiłem 1 kWh za 35 zł. Tak się żyje w elektromobilnym raju

Gdy się pisze o jeżdżeniu na prąd, trzeba zawsze dokonać samookreślenia, po której stronie barykady się jest – za czy przeciw prądowi – bo inaczej czytelnik się męczy. Nie wie, czy ma przyklaskiwać, czy się złościć. To deklaruję: chcę jeździć na prądzie, bardzo lubię, ale czasami trudno uchwycić mi w tym korzyść czy sens.

Nie będę tej deklaracji dalej rozwijał, żeby nie umknął nam główny temat. A brzmi on: nawet w elektrycznym raju ładowanie samochodu może wyglądać jak nieśmieszny żart. Za 1 kWh naliczono mi 35 zł, a potem jeszcze więcej. A nawet nie bardzo chciałem jeździć na tym prądzie.

Użytkowałem hybrydę typu plug-in

Odbyłem daleką podróż Renault Rafale w wersji plug-in. To ta lepsza wersja, bo 200-konna hybryda bez opcji doładowywania jest dużo mniej wdzięcznym pojazdem. W hybrydzie typu plug-in większa moc i dostępność energii elektrycznej zupełnie przykrywa niedostatki wynikające z niewielkiej pojemności skokowej silnika spalinowego. Ale nie o tym miało być, miało być o prądzie.

Auto było wyposażone w kable umożliwiające ładowanie, dlatego kusiło mnie, żeby samochód ładować. Tak światopoznawczo wyłącznie, bo dla osób bez własnego gniazdka jest to kompletnie nieopłacalne.

Ceny prądu „na mieście” są zbyt wysokie w stosunku do cen benzyny. Mimo tego spróbowałem podładować się przed wyjazdem, choć okoliczności nie były specjalnie sprzyjające.

Spacery na ładowanie

Renault Rafale E-Tech 4x4 nie ma opcji ładowania prądem stałym. Maksymalna moc ładowania to 7,4 kW, a pojemność akumulatora wynosi 22 kWh. Przy pomyślnych wiatrach potrzeba minimum 3 godzin na naładowanie tego zestawu.

Nie mogłem naładować się z domowego gniazdka (nie z taką mocą, oczywiście), udałem się więc na poszukiwanie ładowarki. Od prawie 2 lat ładowarka zainstalowana w pobliżu mojego domu nie jest w stanie wystartować, więc czekał mnie spacer.

Druga w kolejności ładowarka miała zaślepione łącze na ładowanie prądem przemiennym. Chyba operatorowi nie opłacało się utrzymywać tego łącza (może nigdy go nawet nie uruchomił), więc było pozbawione kabla.

Następną ładowarkę znalazłem w odległości około 25 minut spaceru od domu. Szczęśliwie lubię spacery i szczęśliwie obowiązujące tam stawki za 1 kWh były atrakcyjne. Poczułem się tu jak człowiek światowy, nowoczesny, dobrze obsłużony. Zeskanowany kod QR przeniósł mnie na stronę internetową, gdzie w sposób dla mnie prosty, czyli przy wykorzystaniu płatności Apple Pay, zapłaciłem za sesję ładowania, a raczej autoryzowałem przyszłą płatność.

Gładziutko poszło

Wszystko przebiegło tak gładko, że aż nie mogłem uwierzyć. Czyli dojechałem do ładowarki, tam zostawiłem auto na 3 godziny, wróciłem spacerem do domu, zjadłem obiad, wróciłem spacerem po auto (to już prawie godzina spaceru, czyli bardzo zdrowo) i odłączyłem samochód, wróciłem do domu. Było prawie tak idealnie jak w opowieściach kapłanów elektromobilności, w których ładowanie nie jest żadnym kłopotem i kosztuje tyle, co nic.

Mnie kosztowało 37,2 zł i mimo atrakcyjnej stawki za 1 kWh nijak nie obniżyło kosztów podróży. Nie obniżyłoby nawet, gdybym faktycznie wyjeździł katalogowe 105 km zasięgu, co byłoby raczej trudne. A prądu wystarczyło tylko na nieco ponad 50 km, ale nie wnoszę o to pretensji.

Dobra cena prądu "na mieście".

Nie wnoszę, bo ruszyłem mocno obciążonym autem, z czterema rowerami, w dodatku na drogę ekspresową. Duże zasięgi na prądzie uzyskuje się w trakcie jazdy miejskiej, a nie pozamiejskiej. W takich warunkach prognozowany zasięg (93 km) wyczerpał się po mniej więcej połowie wcześniej wyświetlanej wartości, ale to normalna sytuacja.

37,2 zł za około 50 km to nie jest jakaś ultraokazja, tym bardziej że auto zużywało mi średnio 7 litrów benzyny na 100 km. A przypominam, stawka za 1 kWh była w tym wypadku dobra, bo gdzie indziej było sporo drożej. Pamiętajcie, rozwój elektromobilności w Polsce ma się świetnie, a ewentualni malkontenci to tak naprawdę rosyjskie boty.

Potem dojechałem do elektromobilnego raju.

Elektromobilny austriacki raj

Auta bez obsługi ładowania prądem stałym nie ma sensu doładowywać w trasie. Czas ładowania to wyklucza, nie ma sensu nawet sprawdzać cen. Następną próbę bycia elektromobilnym podjąłem dopiero w Austrii, bo tam jest elektryczny raj.

Opcji ładowania jest mnóstwo, ładowarek i propozycji jest nadmiar. Infrastruktura przewyższa zapotrzebowanie wynikające z liczby zelektryfikowanych samochodów i tak powinno być. Wspominając polski spacer 2 × 25 minut do ładowarki, czułem się jak w innym świecie.

Ten kraj, nie tylko w dużym mieście, cały zasłany jest opcjami wolnego i szybkiego ładowania. A miejsce z ładowarką to najczęściej miejsce z kilkunastoma miejscami. To jest elektromobilny raj, także dla ludzi bez opcji ładowania w domu, ale mimo tego udało mi się znaleźć w tej róży kolce. Widocznie byłem negatywnie nastawiony i prowokowałem te zdarzenia.

Liczba punktów ładowania w jednym miejscu trochę powala.

Tylko trochę drogo tam mają

Najpierw sprawdziłem ceny i okazały się mało zachęcające. 1 kWh (przy ładowaniu prądem przemiennym, które zazwyczaj jest tańsze od ładowania prądem stałym) kosztowała 0,59 euro, czyli około 2,55 zł. Za tyle to w Polsce bym pogardził prądem stałym, ale czego nie robi się dla czytelników.

Stawka nieatrakcyjna, nawet przy uwzględnieniu austriackich cen paliwa (tankowałem za 1,749 euro). Przy zużyciu energii na poziomie 19 kWh przejechanie setki kilometrów teoretycznie kosztowałoby mnie 11,21 euro, czyli 48,50 zł. Niezbyt opłacało się chodzić do ładowarki, nawet jeśli była blisko. Ale kusiło, w końcu się złamałem i się podpiąłem.

Za tyle to nie.

Początkowo było pięknie

Pierwsza próba przebiegła bez problemu. Zupełnie jak w Polsce, przekierowało mnie na odpowiednią stronę, gdzie bez problemu autoryzowałem płatność przy pomocy Apple Pay. Tylko że musiałem wyrazić zgodę na zablokowanie 60 euro – smuteczek.

Auto chwilę się podładowało, ale z niską mocą. Może to przez potworny upał. Niestety szybko musiałem opuścić to miejsce i odpiąłem samochód z zasięgiem na poziomie kilkunastu kilometrów. Potem podpiąłem się po raz drugi i napotkałem inny system rozliczeń.

Tym razem nie miałem płacić za każdą kWh, tylko za minuty spędzone przy ładowarce. Stawka to 0,12 euro. Nie wnikałem i dopiero później policzyłem, że przy niskich mocach ładowania wychodzi to kompletnie nieatrakcyjnie. 0,12 euro przemnożone przez 3 godziny stania daje jakieś 21 euro. Trochę drogo za przemieszczenie się na dystansie 100 km, o ile taki bym osiągnął.

A na końcu padł dowcip

Poza tym nastąpił dowcip. Po pierwsze, znowu musiałem wyrazić zgodę na zablokowanie 60 euro. Po drugie, poszedłem plażować i zamierzałem wrócić za 3 godziny. Zastosowany system (identycznie jak w Polsce) pozwalał mi sprawdzić, ile energii już pobrało auto i ile mnie to kosztuje. To sprawdzałem.

To "running" kosztowało mnie 60 euro.

I okazało się, że ładowanie zatrzymało się na niespełna 1 kWh, a czas był liczony dalej. Dlatego pobranie 1 kWh kosztowało mnie 8,04 euro, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Mało atrakcyjna sytuacja.

Nie poddałem się, bo w elektromobilnym raju nie chciałem przegrać z elektromobilnością. Podpiąłem się do kolejnej ładowarki i tym razem ładowanie ruszyło, ale również z jakąś minimalną mocą ładowania. Chyba nawet z domowego gniazdka ładowałbym auto szybciej. I oczywiście kolejny raz na koncie zablokowano mi 60 euro, czyli około 260 zł.

Nie zwracałem na te blokady specjalnie uwagi, ufnie sądząc, że odblokowanie pieniędzy jest kwestią zakończenia ładowania, może kilku godzin. Niestety mieli na to kilka dni roboczych i je wykorzystali. Ładowałem się w czwartek, w piątek nic się nie wydarzyło, potem był weekend, a swoje pieniądze odzyskałem dopiero we wtorek. I to wciąż nie był koniec dowcipów.

Dodam jeszcze tylko, że podczas jednej z sesji ładowania uznano, że ładowałem się grubo ponad 900 minut i naliczono mi za to 95,90 euro. Z konta pobrano wcześniej autoryzowane 60 euro. Trzeba będzie się bić o zwrot, choć liczę, że bank mi pomoże.

Wiele hałasu o mało prądu

To podsumujmy. Łącznie dzięki tym wszystkim ładowaniom przejechałem na prądzie mniej więcej trzydzieści kilka kilometrów (nie policzyłem dokładnie). Zapłaciłem za to prawie 100 euro. A przez kilka dni miałem zablokowane prawie 800 zł i jeszcze muszę się upominać o pobrane 260 zł. Na wakacjach potrafi być to kłopot. To wszystko w elektromobilnym raju i nazywam ten kraj w ten sposób zupełnie poważnie i bez ironii.

W zasadzie to ta miniprzygoda trochę mnie zasmuciła. Oznacza ona dla mnie, że mimo ewentualnego rozrostu infrastruktury w Polsce i istnienia odpowiedniego zaplecza cyfrowego (już tu jest), wciąż będziemy skazani na jakieś banalne problemy.

Bo będziemy, skoro nawet w raju nie mogłem pobrać kilkunastu kilowatogodzin bez ciągłego poczucia, że coś nie zadziała. A jak już coś pobrałem, to było to kompletnie nieopłacalne i nie uzasadniało tego zawracania głowy.

Grzegorz Karczmarz
Redaktor

Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.