Ceny paliw oszalały na wakacje. Normalność nie jest tania
Wraz z zakończeniem rządowego pakietu osłonowego, który trzymał ceny paliw w ryzach na czas zawieruchy w cieśninie Ormuz, stało się to, co było do przewidzenia. Równiutko o północy liczby na pylonach wystrzeliły w górę.

Wczoraj wieczorem, wjeżdżając na osiedle, standardowo mijaliśmy nasz lokalny Orlen. Środek tygodnia, godzina koło 22, a kolejka do dystrybutorów ciągnęła się na jakieś 50 m i liczyła na pewno ponad 20 aut (zdjęcia brak, bo saharyjski upał ograniczył moje zdolności do kojarzenia faktów). Zwykle takie sceny kojarzą się z nadchodzącą albo rozpoczynającą się wojną. Tym razem są skutkiem końca wojny.
Wojny, którą – jak dobrze wiemy – Trump wygrał. Cały świat wie. W zasadzie wiedzieliśmy to od pierwszego dnia nalotów USA i Izraela na Iran. I od drugiego też. I od trzeciego. O nieprzerwanym paśmie zwycięstw i ich konsekwencjach pisaliśmy już zresztą na Autoblogu. W pewnym momencie jednak ciężar ciągłego wygrywania staje się po prostu nieznośny i trzeba zakończyć tę nierówną walkę. A że wytrawny negocjator, profesor The Art of the Deal, zawarł w końcu historyczny (bo historycznie słaby dla USA) pokój z Iranem, wiadomo było też, z czym to się wiąże.
Rząd tylko na to czekał
Rządy krajów na całym świecie odetchnęły z ulgą. Różnego rodzaju pakiety osłonowe i pomocowe kosztowały krocie, a widmo ciągnięcia ich kolejnymi miesiącami spędzało sen z powiek niejednemu ministrowi finansów, w tym Andrzejowi Domańskiemu. Na szczęście teraz – dzięki spektakularnej klap… Wróć! Wygranej USA i Izraela – można zostawić rynek samemu sobie.
Tak też się stało – rządowy pakiet CPN wygaszany był stopniowo na przestrzeni czerwca, a definitywny koniec przyszedł z końcem miesiąca. Koniec z obniżonym VAT-em, koniec ze ściętą akcyzą, koniec z regulowanymi cenami maksymalnymi. Rząd się wycofuje, obywatele muszą radzić sobie sami.

Ja na szczęście zatankowałem w sobotę, a że ostatnie dni spędzałem głównie na poszukiwaniu jak najchłodniejszej dziury, żeby w ogóle jakoś przeżyć, to wczorajszego wieczora wracałem z pełnym bakiem. Ci, którzy nie dopilnowali zapasów albo musieli je po prostu w międzyczasie wyjeździć, wczorajsze 38-stopniowe upały kończyli w kolejce na stacji. I było ich najwidoczniej całkiem sporo, skoro wetknięta gdzieś na obrzeżach osiedla stacyjka była o 22 dosłownie oblepiona autami.
Było warto?
Trudno powiedzieć, bo trudno liczyć czyjeś pieniądze. Czy godzinny postój w upale na stacji jest wart jakichś 30 zł, które można oszczędzić na przeciętnym pełnym baku? Tego nie wiem. Gdyby każdemu z tych kolejkowiczów zaproponować te same 30 zł za to, że postoją godzinę lub półtorej w pełnym słońcu, to zapewne nie znalazłoby się wielu chętnych. Ale efekt psychologiczny „Ale ich przerobiłem”, ewentualnie „Nie dam się okradać” działa zdecydowanie silniej. No i można nawtykać sąsiadowi albo koledze z pracy, który się zagapił i dziś musi dopłacić. Bezcenne.

Z całą pewnością można natomiast potwierdzić, że stacje – podobnie jak rząd – też tylko czekały na to, aż spadną z nich kajdany. Równo o północy ceny poszybowały w górę w całym kraju. Po niskich szóstkach i okazjonalnych 5,90 za litr Pb95 zostało już tylko wspomnienie. Z dnia na dzień wskoczyliśmy na ok. 6,70–6,80 za litr bezołowiówki i jeszcze-nie-ale-bardzo-blisko 7 zł za diesla.
Ile kosztowała ta zabawa?
To nie jest tak, że przez ostatnie trzy miesiące paliwo rzeczywiście było tańsze. Ono było tańsze na stacji. Różnica jest zasadnicza.
Pakiet CPN kosztował budżet państwa ok. 1,5–1,6 mld zł miesięcznie. W zależności od tego, czy liczyć trzy pełne miesiące, czy tylko okres od faktycznego uruchomienia programu, rachunek wyniósł około 4,8-5 mld zł. Tyle kosztuje wybudowanie kilkudziesięciu kilometrów autostrady albo zakup całkiem pokaźnej floty nowych pociągów regionalnych. Albo, ujmując rzecz bardziej motoryzacyjnie, około 700 mln litrów benzyny po dzisiejszych cenach.
Czy było warto? To już zależy od punktu siedzenia. Kierowcy rzeczywiście przez kilka miesięcy płacili przy dystrybutorach mniej. Budżet zapłacił więcej, tylko te koszty nie straszyły świecącymi cenami na przydrożnych pylonach.
Natomiast politycznie był to program niemal idealny. Kierowca widzi cenę paliwa codziennie. Nie widzi natomiast codziennie wpływów z VAT-u ani pozycji w ustawie budżetowej. Z punktu widzenia wizerunku trudno o lepszą inwestycję niż możliwość pochwalenia się, że „uratowaliśmy ceny paliw”.
Normalność nie jest tania
No to wracamy do normalności. O ile oczywiście można nazwać normalnością sytuację, w której jeden wpis Donalda Trumpa potrafi przesunąć notowania ropy na światowych giełdach bardziej niż miesięczne raporty analityków.
Rynek zrobi teraz dokładnie to, co robi rynek. Jeśli ropa będzie tanieć, ceny na stacjach w końcu również zaczną spadać. Jeśli znowu wydarzy się coś spektakularnego na Bliskim Wschodzie, to siedem złotych za litr może jeszcze okazać się wspomnieniem równie mglistym jak dziś 5,90 zł.
I właśnie dlatego trudno mieć pretensje do kierowców, którzy we wtorek wieczorem szturmowali stacje paliw. Z ich perspektywy matematyka była prosta. Wiedzieli, że o północy ceny wzrosną. Wiedzieli mniej więcej o ile. Mogli coś z tym zrobić, więc zrobili. Ludzie nie czytają obwieszczeń ministra, ale doskonale wiedzą, kiedy przestaje im się opłacać czekać z tankowaniem.
Za kilka dni te same osoby będą pewnie tankować już po nowych cenach i świat się nie skończy. Kolejek nie będzie, emocje opadną, a internet znajdzie sobie nowy temat. Ale przez jeden wieczór można było poczuć się jak w czasach, gdy zdobywało się coś przed innymi. Nawet jeśli tym „czymś” było kilkadziesiąt złotych zostawionych… albo raczej niezostawionych… na stacji paliw.
A na razie – miłego tankowania po nowych, „wolnorynkowych” cenach. Przynajmniej kolejka i upał są za darmo.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.