Pojechałem Mustangiem z LPG na prezentację elektrycznego samochodu. Kalkulator prawdę powie
Na zorganizowaną na Mazurach prezentację nowego Nissana Leaf mogłem dotrzeć na dwa sposoby – elektrycznym Mercedesem CLA albo moim starym Fordem Mustangiem z gazem. Wziąłem do ręki kalkulator i sprawdziłem, co się bardziej opłaca.

We wstępie relacji z pierwszych jazd nowym Leafem napisałem, że na odbywającą się w okolicach Rucianego-Nidy polską premierę tego modelu planowałem początkowo udać się innym samochodem elektrycznym. Ostatecznie jednak postanowiłem rozruszać w trasie mojego Mustanga.
Wspomnianym autem, którym akurat w tym czasie jeździłem, był Mercedes CLA 250+ Shooting Brake. Samochód zaskakująco przyjemny (choć posiadający kilka mało przemyślanych rozwiązań – więcej o nich pojawi się w osobnym teście), ale z racji, że gdy nadszedł dzień wyjazdu na Mazury, miał już tylko 25 proc. baterii i czekała mnie wizyta na ładowarce, zacząłem się zastanawiać, czy na pewno chcę to robić.
Prąd czy LPG – co się bardziej opłaca?
Mieszkam w peerelowskim bloku i autami elektrycznymi jeżdżę tylko okazjonalnie, a ładuję je właściwie jeszcze rzadziej, więc nie posiadam żadnych abonamentów ani pakietów, dzięki którym mogę „zaoszczędzić”. Po prostu gdy przychodzi konieczność naładowania samochodu, jadę na zlokalizowaną przy jednym z dyskontów stację ładowania (pisałem o niej TUTAJ), bo mam najbliżej i mogę zwyczajnie zapłacić własną kartą, bez kombinowania z aplikacjami czy dedykowanymi kartami.

Wersja 250+ to według mnie ta najlepsza w gamie elektrycznego CLA – ma świetne osiągi, a przy tym oferuje największy zasięg. Co prawda producent obiecuje możliwość przejechania niebotycznych 767 km w cyklu mieszanym, a prasowy egzemplarz w momencie odbioru z akumulatorem 97 proc. pokazywał 450 km, ale już po kilkuset km w moich rękach komputer pokładowy zapewniał, że po kolejnym pełnym ładowaniu przejadę blisko 550 km.
Do pokonania w tę i z powrotem miałem około 450 km, więc po naładowaniu „pod korek” miałbym teoretycznie 100 km zapasu. Brzmi dobrze, ale w tym momencie sięgnąłem po kalkulator. Bo żeby mieć te 550 km, najpierw musiałem skorzystać z ładowarki. Postanowiłem policzyć, ile by mnie to kosztowało.
Bateria w opisywanej wersji CLA ma 85 kWh, a mi zostało 25 proc., czyli żeby osiągnąć 100 proc. potrzebowałem pobrać (w zaokrągleniu) 64 kWh z sieci. Przy cenie 1 kWh na szybkim złączu (60 kW) wynoszącej 2,40 zł, kosztowałoby mnie to 153,60 zł.
Jest to jednak wyliczenie pozbawione oczywiście większego sensu, bo to kwota, którą zapłaciłbym za dotychczas przejechany dystans, a nie za ten, który dopiero mnie czekał. Jaki więc byłby rzeczywisty koszt 450-kilometrowej trasy z Warszawy na Mazury i z powrotem? Zrobiłem szybko małą symulację.
Przed zresetowaniem komputera pokładowego na początku testu, wskazywał on, że średnie zużycie energii z ostatnich 1547 km wynosiło 17,3 kWh/100 km. U mnie po przejechaniu ponad 300 km wyszło podobnie.
Dla lekkiego ułatwienia, z korzyścią dla Mercedesa, przyjąłem średnią 17 kWh/100 km. Na dystansie 450 km zużyłbym w sumie ok. 76,5 kWh, czyli na ładowarce w dyskoncie zapłaciłbym 183,60 zł. Skoro punkt odniesienia już miałem, powtórzyłem to samo z moim Mustangiem z 2005 roku.
Napędza go 4-litrowe V6, do którego z chytrości rozsądku niedługo po zakupie dołożyłem instalację LPG. W trasie zużycie gazu mieści się zwykle w przedziale 11-12 l/100 km. Dla równego rachunku przyjąłem 11,5 l/100 km, czyli 51,75 l na pokonanie całej trasy. Przy cenie gazu wynoszącej obecnie (niestety) ok. 3,50 zł/l daje to 181,13 zł.
Czyli LPG górą, przynajmniej w teorii. Problem w tym, że użytkowa pojemność zbiornika gazu w moim aucie wynosi właśnie około 50 l, więc dosłownie na styk.

Na tamtym etapie starałem się jednak o tym nie myśleć
Bo miałem wówczas większe zmartwienie – po ponad miesiącu postoju i naiwnym przekręceniu kluczyka w stacyjce, rozrusznik wykonał pół obrotu i zamilkł. Byłem jednak na to przygotowany i wziąłem ze sobą booster, który dostałem rok wcześniej pod choinkę, a który dopiero pierwszy raz miałem okazję użyć.
Na szczęście się sprawdził i amerykańska V-szóstka obudziła się do życia. Uradowany tym faktem, zrobiłem rundkę po okolicy, żeby dać akumulatorowi możliwość podładowania się, a przy okazji pojechałem na stację zatankować LPG do pełna i dopompować koła. Tym sposobem wóz był gotowy do drogi.

Niestety, jeśli ktoś liczył w tym miejscu na opis jakichś dramatycznych przygód, które miały miejsce po drodze, to go rozczaruję – Mustang pojechał i wrócił, nuda. No prawie.
20 km od domu ziścił się bowiem czarny sen każdego użytkownika auta z LPG
W drodze powrotnej, gdy zostało mi do przejechania dosłownie 20 km do domu, wskaźnik poziomu gazu zaczął nerwowo pikać – skończyło się paliwo. Stało się to dokładnie 432 km od tankowania. Nie chciałem się zatrzymywać, więc brakujące 20 km przejechałem po prostu na benzynie, zużywając na tym dystansie pewnie jakieś 2 l.

Po dojechaniu pod dystrybutor i ponownym zatankowaniu LPG „pod korek”, pistolet odbił przy 49,77 l, co daje średnie zużycie na poziomie dokładnie 11,52 l/100 km. Przy cenie gazu 3,54 zł/l rachunek wyniósł 176,19 zł, a jeśli dodać do tego teoretyczne 2 l benzyny po 6,70 zł/l, wyszłoby w sumie niecałe 190 zł.
Czyli jednak jazda na prądzie wyszłaby taniej. I pewnie przebiegłaby w zdecydowanie o wiele bardziej komfortowych warunkach.
Ale wiecie co? Niczego nie żałuję.
Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.