Ford Mustang V10 istnieje naprawdę. Po latach wyjechał na drogi
Motoryzacyjny świat widział różne niesamowite projekty, ale nie dorastają do pięt temu prototypowi. Oto Ford Mustang Boss 351 V10, który po 25 latach zagrzmiał ponownie, wypluwając na hamowni ponad 500 KM.

Myśląc o silniku V10, do głowy mogą przychodzić różne emocjonujące auta. Lexus LFA, Porsche Carrera GT, Dodge Viper, Lamborghini Huracan – ale nie tylko.
Te przykłady zna chyba każdy, ale o Mustangu, którego postanowiono ożywić po ponad dwóch dekadach, pewnie nie słyszeliście. Boss 351 V10 przeszedł długą drogę, by w ogóle mógł powstać, ale drugiego takiego nie znajdziecie.

Ford przywrócił życie eksperymentalnemu Mustangowi V10
Zespołowi Ford Heritage Fleet widocznie nie brakuje czasu przy opiece nad ponad 500 historycznymi pojazdami marki. To dlatego, że nagle postanowił pochylić się nad jednym z najbardziej wyjątkowych prototypów Mustanga na świecie.
Budową Mustanga Bossa 351 V10 w 2001 roku zajęło się ośmiu inżynierów Forda, którzy za wszelką cenę chcieli upchnąć dziesięciocylindrową jednostkę do czwartej generacji sportowego coupe. Amerykański producent miał akurat wtedy w swojej ofercie 6,8-litrowe V10, ale jednostka była wykorzystywana w SUV-ach i ciężarówkach.
Inżynierowie stwierdzili więc, że użyją 4,6-litrowego V8, również konstrukcji Forda, ale rozbudują je o dwa dodatkowe cylindry. W ten sposób pojemność eksperymentalnej jednostki wzrosła do 5,8 litra, czyli do 351 cali sześciennych, od czego wzięła się nazwa Mustang Boss 351 V10.
To też podwójna ciekawostka, bo chodzi również o odniesienie do legendarnego Mustanga Boss 351 z 1971 roku, choć w jego przypadku liczba nawiązuje do silnika V8 351 Cleveland.









Przyszłe pokolenia też go usłyszą
Nowo opracowane V10 w Mustangu było tylko o 10 cm dłuższe od V8 stosowanego w produkcyjnych autach. Co ciekawe, zespół pracowników był zmuszony użyć dwóch sterowników ECU do sterowania silnikiem o nieregularnych zapłonach.
Dekady temu szalone dzieło wykrzesało 426 KM i 542 Nm oraz potrafiło pokonać ćwierć mili w 11,93 sekundy z prędkością wynoszącą 188 km/h.
Teraz, gdy inżynierowi Ford Heritage Fleet zajęli się renowacją, w którą wchodziło przywrócenie auta do stanu pozwalającego normalnie je uruchomić i eksploatować, pomiar na hamowni okazał się jeszcze bardziej zaskakujący.
Ford wspomina, że celem nie było sprawienie, że auto będzie szybsze. Nowa elektronika i pogrzebanie w systemach były oczywistością, która miała na celu sprawić, żeby autem w przyszłości mogły zachwycać się też przyszłe pokolenia, nie tylko jako nieruchomym eksponatem, tylko autem, które realnie można odpalić i usłyszeć.





Mustang V10 odwdzięczył się za te wszystkie lata
Próba na hamowni zaowocowała wynikiem wynoszącym więcej niż 510 KM na kołach, co brzmi imponująco jak na 25-letnie auto. Prawda jest jednak taka, że dla osób odpowiedzialnych za przywrócenie świeżości Mustangowi Bossowi 351 V10 lepszy wynik nie miał większego znaczenia.
Według relacji Forda, po wjechaniu autem na parking wszyscy zamilkli i po prostu wsłuchiwali się w surowy dźwięk dziesięciu cylindrów auta, które wiele pięknych lat temu przyszło im zbudować. Nikt nie zachwycał się mocą. To był czas tylko na dyskusje o historiach i wyjątkowych projektach, których coraz trudniej doświadczyć we współczesnej motoryzacji.
Co z tego, że nowy Mustang GTD ma 5,2-litrowe V8 generujące 800 KM, skoro jego dźwięk trudno porównać z tym, co wydobywało się z wydechów aut kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, nie wspominając nawet o ryku V10.
Fajnie, że tak unikalny projekt nie został spisany na straty i nie będzie kurzyć się gdzieś pod płachtą otoczony jedynie zapomnieniem. Szaleństwo, dziesięciocylindrowe.
Więcej o marce Ford przeczytasz tutaj:
Ukończył studia na kierunku Dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Na co dzień specjalizuje się w marketingu medycznym jako SEO writer i redaktor tekstu, ale to motoryzacja zajmuje specjalne miejsce w jego sercu już od najmłodszych lat. W wolnych chwilach rozwija pasję do fotografii, wykonując sesje zdjęciowe samochodów sportowych. W swoim portfolio ma dziesiątki współczesnych modeli Ferrari, Lamborghini i Porsche. Kocha lotnictwo, dlatego weekendami potrafi godzinami szybować po cyfrowym niebie.