Od liczby ekranów w nowych samochodach już teraz potrafi zakręcić się w głowie. Obawiam się, że za kilka lat będzie tylko gorzej.

Niektórzy kierowcy wciąż kochają analogową motoryzację, której daleko do nowoczesnych technologii. Inni zaś traktują samochody tylko jako środek transportu i nie wiedzą nawet jaki silnik mają pod maską – wystarczy nafaszerować auto kilkoma ekranami, by w ich oczach wydawało się atrakcyjne. Chyba wiecie już, co czeka nas za kilka lat.

Ekranów jest dużo, a może być jeszcze więcej
Gdy dekady temu w samochodach pojawiły się pierwsze kolorowe ekrany do obsługi radia, wiele osób łapało się za głowy, twierdząc, że to zamach na motoryzację, która pomału zmienia się w komputery na kołach. Niektórzy szybko zmienili zdanie, gdy okazało się, że wyświetlacze mogą skutecznie zastąpić nawigacje montowane na szybie lub desce rozdzielczej. Wtedy jeszcze liczyła się praktyczność.
Rozmiary ekranów rosły, rozwijano je o kolejne możliwości, aż nagle część producentów zaczęła stosować też kolorowe wyświetlacze między zegarami zamiast tradycyjnych komputerów pokładowych. Całkowite zastąpienie analogowych wskazówek prędkościomierza i obrotomierza było tylko kwestią czasu.
Obecnie lwia część klientów salonów samochodowych nie wyobraża sobie auta bez dwóch wyświetlaczy – cyfrowych zegarów i ekranu do obsługi multimediów. Większość producentów bez problemu jest w stanie spełnić ich oczekiwania nawet w najtańszych segmentach, bo sami poszli już o krok dalej – wstawiając trzeci wyświetlacz tam, gdzie wcześniej nawet nikt by go nie oczekiwał.
Chodzi o fragment deski rozdzielczej znajdujący się przed przednim fotelem. Coraz więcej producentów stwierdza, że jest to idealne miejsce do wkomponowania trzeciego ekranu, bo wiecie, pasażerowi nie wystarczy już obsługa centralnego wyświetlacza, podziwianie krajobrazu, rozmowa z kierowcą czy przeglądanie treści na smartfonie.

Ktoś zrobił to pierwszy
Oczywiście nie było tak, że wszyscy producenci premium wpadli jednocześnie na ten sam pomysł. To doskonały przykład wywierania presji – jedna marka postanowiła zaryzykować, a skoro klienci żądni popisówki to polubili, reszta producentów chcąc nie chcąc musiała pójść za ciosem, żeby uniknąć opinii, że są gorsi od konkurentów.
Kto da więcej i w najdziwiniejszym miejscu?
W międzyczasie ekrany zdążyły pojawić się w wielu innych dziwnych miejscach. Niektóre sportowe modele AMG mają pokrętła z wyświetlaczami na kierownicy, a nowe Tesle można wyposażyć w monitor na końcu tunelu środkowego, przeznaczony dla pasażerów siedzących z tyłu. Dzięki temu dzieciaki mogą być przykuci do gier wideo nawet po wyjściu z domu, zamiast podziwiać świat.
Okej, cyfrowe lusterka w modelach takich jak Hyundai Ioniq 6 jestem w stanie zrozumieć, bo producenci tłumaczą to troską o aerodynamiką – a co za tym idzie – zasięg. Zresztą, w praktyce i tak decyduje się na nie niewielu klientów.
Wytłumaczcie mi jednak, jaki jest sens stosowania ekranów dotykowych w drzwiach, jak na przykład w BMW serii 7 (na rynku chińskim spotkacie je także w BMW X5 nowej generacji). To i tak dopiero wierzchołek góry lodowej. Nie zapominajmy, bowiem że ta limuzyna ma też 31,3-calowy wysuwany ekran z tyłu. Normalnie aż nie opłaca się siadać w domowym salonie, żeby pooglądać telewizję.
Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest to, że w niektórych ze wspomnianych przeze mnie aut wystarczyłby naprawdę tylko jeden centralny ekran do multimediów, ewentualnie cyfrowe zegary, a resztę imponującego efektu dałoby się osiągnąć inaczej.
Bo myślę, że AMG dałoby radę zaprojektować efektowne pokrętło do zmiany trybów jazdy zamiast ekranu na kierownicy – podobnie jak BMW mogłoby stworzyć wnętrze z materiałów tak przyjemnych w dotyku, że pasażerowie woleliby raczyć się masażem i dobrą muzyką, zamiast wysuwać gigantyczny ekran z sufitu i odpalać serial, nie zastanawiając się nawet czy jadą luksusową limuzyną, czy jakimkolwiek innym plastikowym autem. Gdzie w tym wszystkim magia?

Przyszłość pisze się w ciemnych kolorach
Jaki kierunek obiorą producenci samochodów w kolejnych latach, skoro liczba ekranów stale rośnie? Brutalna prawda jest taka, że marki będą słuchać opinii większości, skoro jednym zabiegiem mogą odpowiedzieć na potrzeby większej liczby klientów.
W tym wypadku mowa o ludziach, którym zależy po prostu na transporcie z punktu A do B, niezależnie od tego, co reprezentuje sobą ich samochód, byle był ładny z wierzchu i miał w miarę znane logo, a resztę zrobi kilka ekranów wrzuconych byle gdzie. Bo po co w ogóle budować więź z autem, skoro to gadżet, który poparkuje w garażu przez trzy lata, a później zostanie zmieniony na nowy, podobnie jak smartfon?
Po drugiej stronie stoją użytkownicy, którzy kochają tradycyjną analogową motoryzację. Takie auta wcale nie musiałyby kojarzyć się z kilkunastoletnimi starociami, ale przez ruchy producentów często jednak kojarzą. Bo skoro marki montują po dwa ekrany nawet do najtańszych hatchbacków dostępnych na rynku, to gdzie można jeszcze kupić nowe auto z duszą jaką miały Toyota GT86, Mazda MX-5 czy Porsche 911, które przy okazji liftingu też straciło analogowe zegary?

Trzy ekrany przesiąkną do niższych segmentów
Biorąc pod uwagę, że zazwyczaj rozwiązania stosowane w droższych modelach po czasie trafiają do tańszych, nie zdziwię się, jeśli w ciągu najbliższej dekady na rynek trafią pierwsze tanie modele z trzema ekranami, które teraz są kojarzone tylko z modelami premium. W tych zaś spodziewałbym się pójścia o krok dalej, bo przecież producenci nie będą stać w miejscu, a chińscy konkurencji, którzy tańczą, obracają się miejscu, pływają i skaczą wcale nie zachęcają do osiadania na laurach.
Gdybym miał przewidywać, gdzie w przyszłości można spodziewać się kolejnych ekranów w samochodach, celowałbym w wyświetlacze w drzwiach, które mogłyby służyć do ich otwierania i zamykania oraz regulacji szyb, również w przednich panelach.
Innym sensownym miejscem wydaje się tunel środkowy. AMG stosowało maleńkie ekraniki w tym miejscu już w 2018 roku (GT 4-drzwiowe Coupe), jednak duże wyświetlacze w tej części auta to dla producentów wciąż nieodkryty kierunek. Sterowanie trybami skrzyni, aż prosi się o regulację z poziomu dotykowego ekranu, o ile na przeszkodzie nie staną przepisy dotyczące bezpieczeństwa.
Dla producentów to może być czysty zysk
A pomyślcie sobie, ile takie ekrany generują przestrzeni zdolnej do wyświetlania reklam z koniecznością opłacania subskrypcji, by się ich pozbyć – zwłaszcza że już teraz jest to coraz częstszy problem w nowych autach.
Raczej nie ma co wierzyć, że liczba ekranów w nowych samochodach zacznie maleć, skoro są one mniej awaryjne niż tradycyjne przyciski, a przy okazji dużo tańsze w produkcji. A skoro dla większości kierowców dusza auta ma drugorzędne znaczenie i dużo bardziej liczy się, czy liczba ekranów jest wyższa niż u znienawidzonego sąsiada, to raczej ten kierunek obierze motoryzacja przyszłości.
Wiadomo, pewnie od czasu do czasu znajdą się producenci, którzy niczym rycerze na białym koni zaprezentują w pełni analogowe modele, ale co zwykłym zjadaczom chleba po tym, skoro będzie to pewnie Pagani za kilka milionów euro, a nie coś, co stoi w salonie obok Volkswagena Passata. Chyba najwyższy czas zacząć się przyzwyczajać, bo nie wiem, jak przez to przebrniemy.
Zdjęcie otwierające zostało wygenerowane przy użyciu sztucznej inteligencji.
Więcej o ekranach możesz przeczytać tutaj:
Ukończył studia na kierunku Dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Na co dzień specjalizuje się w marketingu medycznym jako SEO writer i redaktor tekstu, ale to motoryzacja zajmuje specjalne miejsce w jego sercu już od najmłodszych lat. W wolnych chwilach rozwija pasję do fotografii, wykonując sesje zdjęciowe samochodów sportowych. W swoim portfolio ma dziesiątki współczesnych modeli Ferrari, Lamborghini i Porsche. Kocha lotnictwo, dlatego weekendami potrafi godzinami szybować po cyfrowym niebie.