Do pełna płacę 50 zł. Mam na to patent
Benzyna po osiem złotych, diesel po dziewięć. A ja podjeżdżam pod dystrybutor, zostawiam tyle, co za obiad na mieście, i odjeżdżam z pełnym bakiem. Bez liczenia groszy i zaciskania zębów. Sekret jest banalny.

Wrzesień 2026 przejdzie do historii jako miesiąc, w którym Polska na nowo nauczyła się bać dystrybutora. Jeszcze w wakacje rządowy pakiet CPN trzymał ceny za kołnierz, ale skończył się z początkiem miesiąca. Po wakacjach do głosu wrócił wolny rynek, który wymierzył nam wszystkim siarczysty policzek swoją niewidzialną ręką. Mam na to swój sposób.
Na co ten sposób?
Efekt? Kolejki na stacjach w ostatnią sierpniową noc, miejscami wyczerpane zapasy benzyny i liczby na pylonach, które nad ranem wystrzeliły w górę niczym fajerwerki w Sylwestra. Kto zdążył przed północą, zatankował po staremu. Kto nie, wjeżdżał już w nową, droższą rzeczywistość.
Minęły trzy tygodnie, kurz opadł, a dzisiejsze ceny trzymają się w okolicach 7,99 zł za litr Pb95 i 8,80 zł za olej napędowy. Ten drugi pobił własny rekord wszech czasów, a benzyna miejscami przekroczyła psychologiczną granicę ośmiu złotych. Dla właściciela rodzinnego SUV-a to prosta matematyka i prawdopodobnie szeroki wachlarz przekleństw. Sześćdziesięciolitrowy bak razy osiem złotych daje jakieś 400–500 zł zostawione przy jednym „do pełna”.
Ja się oszukuję
Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie, prawda? Z taką myślą przejeździłem jakieś 2,5 tys. km urlopowo po Polsce, nie przejmując się szczególnie cenami na stacjach. Po pierwsze dlatego, że długi urlop ma się raz w roku i nie popsuje mi go 100 czy 200 zł więcej na paliwo. Po drugie – trochę przypadkiem, a trochę nie – te szalone liczby dotykają mnie jakby mniej.
Podjeżdżam swoją Hondą pod dystrybutor, dolewam pięć litrów i odjeżdżam z resztą z pięćdziesięciu złotych. Ta sama benzyna, ta sama stacja, a zupełnie inny wyraz twarzy.

Moja maszyna to żaden pożeracz kilometrów. Po ulepszeniach ma nieco ponad trzydzieści koni. Niemniej to nadal jeden cylinder, prawie zerowa ochrona przed wiatrem i pozycja nie do końca sprzyjająca długim przelotom. Nie do tego jest. Za to wjedzie tam, gdzie żadne cywilne auto nie ma szans.
Natomiast spalanie – bez względu na fantazję w obsłudze manetki – rzadko przekracza 3,5 litra na setkę. Do jazdy zgodnej z przepisami, gdzie i tak nie przekroczę stu czterdziestu na autostradzie, w zupełności wystarczy. Mocy mam tyle, żeby nie być ruchomą przeszkodą. To ten słodki punkt między miejskim skuterkiem a litrowym potworem, który sam potrafi palić jak niejedno auto.
Co jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów zaglądam na stację i wlewam około pięciu litrów. Cena jest identyczna jak dla kierowcy stojącego obok. Cała różnica siedzi natomiast w głowie: litr kosztuje tyle samo, ale kupuję ich tak mało, że ledwie mnie to muska. Co innego patrzeć, jak kwota na dystrybutorze zatrzymuje się na pięćdziesiątce, a co innego, gdy dobija do pięciu stówek.
Kilometrowo wychodzi podobnie. Setka na trzech i pół litra zamiast na siedmiu czy dziesięciu to dwa, a czasem trzy razy mniej paliwa wlanego w dokładnie to samo zadanie, czyli przewiezienie jednego człowieka na konkretnym odcinku. Do tego eksploatacja: ubezpieczenie i serwis małego jednocylindrowca to koszty, przy których auto tylko chrząka z zakłopotaniem.
A to dopiero początek zalet
Prawdziwa zabawa zaczyna się poza rachunkiem za paliwo. Między autami w korku przeciskam się obok sznura blach, których kierowcy przeszli już wszystkie etapy żałoby. Polskie prawo w ogóle nie zna słowa „filtrowanie”. Ten sam manewr bywa legalnym omijaniem, gdy auta stoją, i wyprzedzaniem, gdy tylko ruszą, a wtedy budzą się wszystkie zakazy wyprzedzania. W praktyce przeciskanie się służy wszystkim, o ile robi się to z głową.
Z buspasami zrobiło się za to prościej. Do niedawna była to istna loteria – jedno miasto wpuszczało jednoślady na pas dla autobusów, drugie nie, a człowiek musiał znać lokalne widzimisię na pamięć. Od 24 czerwca 2026 obowiązuje jeden przepis dla całego kraju i motocykl może wjechać na każdy buspas, niezależnie od tego, co wcześniej uchwalił samorząd.
To rozwiązanie tymczasowe, rozpisane do początku 2028 roku, więc korzystam, póki trwa. Dotyczy przy tym motocykli, a nie każdego jednośladu, bo motorower czy skuter z silniczkiem do pięćdziesiątki wciąż ma tam wstęp wzbroniony. Samorząd może jeszcze dorzucić np. warunek jazdy wyłącznie z pasażerem, choć na razie żaden się na to nie zdecydował. Znaki rzecz jasna obowiązują dalej.
Parkowanie to już czysta przyjemność. Miejsce znajdę zawsze, choćby skrawek, przy którym auto nawet by nie zwolniło, żeby popatrzeć.
Nie twierdzę, że jednoślad załatwia wszystko. Zimą, w ulewie i z rodziną na pokładzie moje argumenty rozsypują się jak domek z kart. Ale kiedy mowa o jeżdżeniu dla przyjemności z jazdy, niespiesznym zwiedzaniu kolejnych regionów, przy paliwie drożejącym z tygodnia na tydzień, motocykl z rozsądnym silnikiem to jak gra na kodach. 200 km drogi i tankowanie do pełna za pięćdziesiąt złotych. Reszta to już tylko szczegóły.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.