REKLAMA

W noc likwidacji CPN rzeczywistość uderzyła nas w twarz. To nie było 1 zł

Do poniedziałku wieczorem litr Pb95 nie mógł kosztować więcej niż 6,64 zł. We wtorek rano na tej samej stacji świeciło już 7,64 zł. Państwo puściło rączkę i od razu poczuliśmy, jak twardy jest chodnik.

W noc likwidacji CPN rzeczywistość uderzyła nas w twarz. To nie było 1 zł

Program CPN przez dwa tygodnie sierpnia trzymał ceny na stacjach za kołnierz. Od 1 września trzyma je już tylko rynek. A rynek, jak wiadomo, nie zna pojęcia „skrupuły”.

Skończył się zatem obniżony VAT z 23 na 8 procent. Skończyły się ceny maksymalne, których żadna stacja jeszcze wczoraj nie mogła przekroczyć. Minister energii Miłosz Motyka na ostatni dzień wakacji ustalił limity na 6,64 zł dla Pb95, 7,46 zł dla Pb98 i 7,31 zł dla oleju. I tak mijał poniedziałek, kolejki na stacjach gęstniały już od popołudnia. Bo brak informacji o przedłużeniu działania mechanizmu mógł przynieść tylko jeden efekt. I przyniósł.

Wszystko zgodnie z przewidywaniami

Próbowałem zatankować w poniedziałek wieczorem. Natrafiłem na kolejki. Ale nie jakieś tam kolejeczki na kilkanaście minut. Prawdziwe, ciągnące się sznurem do ulicy kolejki ludzi, którzy chcieli zdążyć zatankować taniej, zanim zegar wybije rządową kopciuszkową godzinę i czar pryśnie. Do jednej z osiedlowych stacji ogonek stał jakieś 100 m na ulicy. Na części stacji paliwo się po prostu skończyło. Cały naród ustawił się do dystrybutora jak po ostatnie bułki przed świętami, bo jak coś ma zniknąć, trzeba skorzystać.

Rozmawiałem z jedną dziewczyną na stacji. Już samą miną zdawała się przeklinać tego, kto wkleił jej zmianę w grafiku właśnie na ten dzień. Próbowałem zażartować, ale wyraźnie wykończona, przeskakując z nogi na nogę, skwitowała tylko, że odlicza minuty do północy i zmusiła się do grymasu, który miał przypominać uśmiech. Zostawiłem ją więc z życzeniami, żeby wrzesień przyszedł jak najszybciej.

W końcu zabił dzwon – równo o północy. VAT wrócił do 23 procent, limity zniknęły, a pylony ożyły własnym życiem. We wtorek rano Pb95 chodziła po 7,56–7,66 zł, Pb98 dobijała do 8,46–8,49 zł, olej stał w okolicy 8,29–8,39 zł. Na moim orlenie diesel wskoczył na 8,39 zł, czyli ponad złotówkę drożej niż dzień wcześniej. Co najciekawsze, bezołowiówka w ogóle nie dojechała. Wczorajszy wieczór wymiótł cały zapas.

Przez chwilę byliśmy krainą miodem i benzyną płynącą. Polska od miesięcy trzymała się w gronie najtańszych w Unii. Pod koniec sierpnia też byliśmy w czubie tabeli – w całej Europie tańsze paliwo mieli tylko Słoweńcy i Bułgarzy. Na stacjach przy granicy z Niemcami ustawiali się nasi zachodni sąsiedzi, którym opłacało się przejechać przez granicę tylko po to, żeby nalać do pełna.

A w tle przepychanki polityczne

Dwa tygodnie zabawy w tanie paliwo kosztowały budżet około 495 mln zł, a obie tegoroczne odsłony programu razem już jakieś 5 mld zł. To nie jest tak, że rząd dopłacał komuś do litra. Państwo po prostu odpuściło sobie kawałek podatku. A to oznacza, że w którymś momencie będzie musiało tę dziurę czymś załatać.

Rząd chciał, żeby za tę imprezę zapłaciły koncerny – miała to zapewnić ustawa o podatku od ich nadzwyczajnych zysków, warta łącznie ok. 4 mld zł. Prezydent skierował ją jednak do Trybunału Konstytucyjnego, uznając, że prawo nie może działać wstecz. Bez tych pieniędzy resort energii rozłożył ręce.

Minister Motyka ujął to zjadliwie: od 1 września na stacjach obowiązują „ceny Karola Nawrockiego”. Prezydent zapewne odpowiedziałby, że to ceny rządu, który zbudował program na daninie budzącej wątpliwości konstytucyjne. Prawda, jak to w polityce, leży gdzieś pomiędzy.

Wraca ponura rzeczywistość

Kierowcy w tym wszystkim odgrywają niezmiennie tę samą rolę – płatnika. I można tu oczywiście politykować, ale finalnie nie obchodzi mnie, czy złotówkę na litrze zabrał mi Tusk, Nawrocki czy globalne notowania ropy Brent, która akurat kręci się w okolicy 91 dolarów za baryłkę. Mnie obchodzi, że wlewam to samo paliwo do tego samego auta i jadę tę samą trasę, a kasa wyświetla mi liczby wyciskające łzy z oczu.

Zostaje więc to, co zawsze: porównywanie stacji, aplikacje, kupony, jazda na oparach do stacji tańszej o piętnaście groszy. Dorosłe życie w polskich realiach to nieustanne liczenie, o ile taniej dałoby się, gdyby ktoś na górze akurat chciał. Przez dwa tygodnie chciał. Teraz przestało mu się chcieć. Resztę już wszyscy znamy.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.