AI przejmie kontrolę nad systemami w aucie. A wystarczyłby guzik
Bosch ogłosił przełom: sztuczną inteligencję, która sprawi, że samochód przestanie nam przeszkadzać. Po dekadzie wciskania ludziom asystentów, których połowa kierowców po prostu wyłącza, ktoś wpadł na rewolucyjny pomysł.

Nazwali to „hiperpersonalizacją”. Brzmi jak pakiet w salonie spa, a w praktyce oznacza coś, co każdy kierowca odkrył samodzielnie mniej więcej w trzeciej minucie jazdy nowym autem – że system, który szarpie kierownicą na pustej drodze, jest po prostu głupi. Bosch potrzebował na taki wniosek konferencji, eventu w Berlinie i działu badawczego. Ja potrzebowałem jednej podróży z Łodzi do Warszawy.
To jest właśnie ten moment, w którym branża motoryzacyjna z miną odkrywcy życia na Marsie ogłasza, że woda jest mokra. Przez lata montowano nam w autach asystenty skalibrowane pod najgorszego wyobrażalnego kierowcę – takiego, który zaraz zaśnie, zjedzie na pobocze i staranuje przedszkole. Sęk w tym, że większość z nas to nie jest najgorszy wyobrażalny kierowca. Większość z nas po prostu chce dojechać do pracy bez tego, żeby auto traktowało nas jak recydywistę na przepustce.

I tu pojawia się paradoks, który branża latami zamiatała pod dywan: systemy, które miały ratować życie, są masowo wyłączane. Australijskie badanie pokazało, że asystenta pasa ruchu dezaktywuje 45 proc. kierowców. Co piąty świadomie wyłącza systemy bezpieczeństwa, a prawie 7 na 10 uważa je za irytujące, rozpraszające albo zbyt czułe. To są liczby, które powinny zapalić czerwoną lampkę w każdym dziale R&D na świecie.
Sztuka dla sztuki
Pomyślmy nad tym przez chwilę. Wydaje się miliardy na technologię, która ma uratować życie, a potem prawie połowa ludzi mówi „nie, dzięki” i klika wyłącznik przy każdym uruchomieniu silnika. To jest definicja produktu, którego twórca nie zrozumiał, do czego ów produkt ma służyć. Wyłączony asystent nie uratował jeszcze nikogo – chyba że liczymy uratowane nerwy.
Najlepsze jest to, jak Bosch opisuje swoje olśnienie. Według szefa projektu, Holgera Breuinga, asystent pasa ruchu powinien działać ostrzej w gęstym ruchu miejskim, a łagodniej na pustej autostradzie.
Naprawdę? Genialne! Kto by pomyślał, że jazda w korku różni się od jazdy po pustej drodze. Następnym razem wyprawią event, żeby poinformować świat, że zimą jest zimno.
Drugi przykład jest jeszcze lepszy. Dziś w tempomacie adaptacyjnym wybierasz „Sport”, „Comfort” albo „Eco”, a auto dostosowuje charakterystykę jazdy. Przełom Boscha polega na tym, że samochód ma sam się nauczyć, czy wolisz wyprzedzać agresywnie, czy trzymać dystans – bez grzebania w menu. Czyli zamiast trzech przycisków dostaniemy algorytm, który będzie nas podglądał i budował „profil użytkownika”. Bo przecież dokładnie tego brakowało nam w samochodzie: kolejnej rzeczy, która zbiera dane o tym, jak żyjemy.
I tu robi się naprawdę zabawnie, bo cała ta rewolucja przychodzi w idealnym momencie. Od 7 lipca 2026 roku w całej Unii wchodzi kolejny etap rozporządzenia GSR2, które każe wyposażać nowe auta w całą paczkę tych systemów. Czyli z jednej strony prawo mówi „musisz to mieć”, a z drugiej połowa kierowców mówi „zaraz to wyłączę”. Bosch wchodzi w tę szczelinę z AI jak sprzedawca, który najpierw sprzedał ci buty o numer za małe, a teraz próbuje dorzucić wkładki, żeby mniej bolało.
Jak wyście to wymyślili?
Nie zrozumcie mnie źle. Te systemy potrafią ratować życie – to akurat nie jest marketing. Hamowanie awaryjne realnie zmniejsza liczbę stłuczek, monitorowanie martwego pola nieraz uratowało komuś lakier i kręgosłup. Problem nigdy nie leżał w idei, tylko w wykonaniu. Asystent pasa ruchu, który na remontowanym odcinku z żółtymi liniami głupieje i próbuje wepchnąć cię pod bariery, nie uczy cię ufać technologii. Uczy cię jej nienawidzić. A kierowca, który nauczył się ignorować alarmy, jest groźniejszy niż ten, który nigdy ich nie miał – bo wyrobił sobie odruch lekceważenia pisku, który kiedyś może być prawdziwy.

I tu dochodzimy do sedna całego absurdu. „Hiperpersonalizacja” to nie żaden przełom. To przyznanie się do porażki opakowane w slajd z konferencji. To moment, w którym inżynierowie po dziesięciu latach mówią: „dobra, może faktycznie nie każdy kierowca jest idiotą”. Renault zresztą rozwiązało to bez żadnej sztucznej inteligencji – wsadziło fizyczny przycisk „My Safety”, który jednym kliknięciem przywraca twoje ustawienia. Guzik. Nie sieć neuronowa, nie dane w chmurze, nie profil użytkownika. Guzik.
Ale guzik nie wygląda dobrze w prezentacji dla inwestorów. Guzik nie ma w nazwie „AI”. Guzik nie pozwala sprzedać tej samej funkcji drugi raz jako rewolucję. Więc dostaniemy sztuczną inteligencję, która będzie się latami uczyć, że lubię redukcję przed wyprzedzaniem – zamiast jednego przełącznika, który by to załatwił od ręki.
Więcej tego samego
Najzabawniejsze jest to, że Bosch jednocześnie zarzeka się, że auto to wciąż „cztery koła i nadwozie”, a hiperpersonalizacja to żadna autonomia. I dobrze, że to mówi – bo branża obiecuje nam samochody jeżdżące same od mniej więcej dekady, a wciąż siedzimy z rękami na kierownicy. Tyle że jest w tym gorzka ironia: po latach zachłyśnięcia się wizją auta, które zrobi za nas wszystko, największym osiągnięciem sezonu okazuje się auto, które przestanie nam wreszcie przeszkadzać. Z marzeń o robocie-szoferze zostało marzenie o systemie, który nie szarpie kierownicą na pustej drodze.
To trochę tak, jakby po latach obietnic latających samochodów producent dumnie ogłosił, że jego nowy model wreszcie nie gaśnie na światłach. Jest postęp? Jest.
W całym tym marketingowym bełkocie umyka jeszcze jedno – być może najważniejsze. Otóż jest cała masa kierowców, którzy nie chcą tych technologicznych wodotrysków. Jeśli więc dołoży się im AI, to wcale nie poprawi to sytuacji, a wręcz przeciwnie. Zmęczenie sztuczną inteligencją już odmieniane jest przez wszystkie przypadki w niemal każdej branży – od elektroniki użytkowej po tzw. content. Bosch wjeżdża na to przyjęcie grubo po czasie, w wymiętej koszuli, z przebitym balonem w ręku. Nie zdziwię się, jak dostanie miejsce gdzieś w kącie na twardym taborecie bez oparcia.
Może to i dobrze, że ktoś w końcu powiedział głośno rzecz oczywistą: technologia ma służyć człowiekowi, a nie traktować go jak zagrożenie. Szkoda tylko, że żeby branża to zrozumiała, potrzeba było sztucznej inteligencji.
Człowiek za kierownicą wiedział to od początku. Po prostu nikt go nie pytał.
Odpowiedź Boscha to AI, które samo się „nauczy”, czyli jeszcze bardziej nie będzie pytać.
No nie wiem, nie wiem.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.