REKLAMA

Tesla Cybercab już na drogach. Liczba sztuk i obszar nie zwalają z nóg

Latami słuchaliśmy, że autonomiczne taksówki są tuż-tuż, czekają za rogiem, będą nas wozić w przyszłym roku. Aż ten „przyszły rok” w końcu nastał – i to od razu na dwóch kontynentach jednocześnie.

Tesla Cybercab już na drogach. Liczba sztuk i obszar nie zwalają z nóg

W czwartek po południu czasu teksańskiego Tesla zrobiła w końcu to, co Elon Musk obiecywał od dobrych kilku lat – posadziła zwykłych ludzi w Cybercabie i przewiozła ich po Austin bez kierowcy, kierownicy i pedałów. Pojazd, który przez rok był głównie eksponatem na konferencjach, dołączył wreszcie do floty robotaksówek jako pełnoprawny środek transportu.

I tym razem nie jest to gadżet dla garstki wybrańców. Cybercaba można zamówić przez tę samą aplikację, z której wcześniej podjeżdżały Modele Y. Dwuosobowe autko bez lusterek, bez pedałów i bez kierownicy wozi teraz ludzi za pieniądze. Witamy w przyszłości, w której kierowcą jest algorytm, a regulować można co najwyżej klimatyzację i fotel.

Cybercab robi wrażenie na papierze

Tesla podaje zużycie prądu dla swojej cybertaksówki na poziomie ok. 165 Wh na milę, co czyni ją najoszczędniejszym autem w historii firmy. Ma baterię 48 kWh, jest lżejsza oraz bardziej aerodynamiczna od Modelu Y, który potrzebuje bliżej 250-280 Wh na milę. Dla operatora floty to ważne, bo każdy grosz na przejechanej mili to realne pieniądze.

A jak to wygląda z perspektywy pasażera? Ano tak, że może jechać we dwoje i bez większego bagażu. Bo cały ten cud autonomicznej mobilności obsługuje przejazdy w maksymalnie dwie osoby.

Model Y zabierał piątkę, wózek, walizki i psa. Cybercab to elegancki pojazd do wożenia jednej lub dwóch osób bez fotelika i bez większych sprawunków. Postęp technologiczny – ty z dzieckiem jedziesz jednym, a żona z zakupami drugim autem. Albo na odwrót.

To nie jest jedna historia z jednym bohaterem

Usługa robotaksówek Tesli wystartowała w Austin w czerwcu 2025 roku, a przez większość tego czasu z tyłu i tak siedział człowiek pilnujący, żeby nic się nie stało. Aktywna flota bez nadzoru szacowana jest na jakieś 20-30 aut naraz. Tesla chwaliła się inwestorom przejechaniem w tym trybie około 380 000 mil. Całkiem ładny ten balonik, ale tylko dopóki jest sam w pokoju. Bo cały ten czar pryska, kiedy popatrzy się na konkurencję.

Dla porównania, w Waymo jeździ mniej więcej 3000 pojazdów, które robią ponad 500 000 płatnych kursów tygodniowo. Firma ma na liczniku grubo ponad 200 milionów mil w trybie bez kierowcy. Cały dorobek Tesli bez nadzoru to mniej niż 0,2 proc. tego, co zdążyło już uzbierać Waymo. Sorry Elon, numbers don’t lie.

Fot. Wayve

A po drugiej stronie Atlantyku – przez zupełny przypadek – ruszyła właśnie pierwsza w historii Wielkiej Brytanii usługa autonomicznych przejazdów. W tym samym dniu, w którym Musk świętował w Teksasie. Tylko logo nad sceną nie zgadzało się z tym w Austin.

W Londynie zrobił to duet Uber i brytyjskie Wayve, wysyłając po pasażerów elektryczne Fordy Mustangi Mach-E z systemem AI zamiast kierowcy. Na razie z opiekunem w pogotowiu, ale samo zdarzenie jest przełomowe.

Co ciekawe, Uber z Wayve wyprzedzili też innych większych graczy. Należące do Google’a Waymo dopiero szykuje swój start nad Tamizą, a w kolejce czeka jeszcze chiński Baidu, który wchodzi z Uberem i Lyftem. Komercyjna jazda bez nadzoru zależy tylko od tego, kiedy brytyjski rząd dopnie przepisy.

Robotaksówkowy Grand Prix rusza i lista startowa jest pełna

Tesla ma marketing i pojazd bez kierownicy. Waymo ma miliony przejechanych mil i statystyki, które oddaje do recenzji innym, zamiast liczyć je samodzielnie w podejrzany sposób. A Wayve pokazało, że Europa nie musi być tylko widzem.

Jedno w tym wszystkim jest pewne: transport, który przez dekadę był slajdem w prezentacji, właśnie dojechał na asfalt. I to od razu w Teksasie i w Londynie.

Czy to znaczy, że jutro autonomiczne auto przewiezie mnie z Katowic do Sosnowca za „parę złotych”? No nie, jeszcze nie. Ale pierwszy raz od lat mamy solidne podstawy, żeby pytanie „czy” zastąpić pytaniem „kiedy”. A to już całkiem sporo, jak na branżę, która obietnicami karmiła nas tak długo, że większości już to po prostu spowszedniało.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.