REKLAMA

Sprzedawcy autonomicznej jazdy: jest super. Byli pracownicy Tesli: w życiu nie wsiądę

Ludzie, którzy przez lata oglądali nagrania z Full Self-Driving i oznaczali błędy systemu Tesli, nie są jego największymi fanami. My tymczasem ochoczo zapraszamy autonomiczne auta na swoje ulice, wzorowo ignorując ostrzeżenia.

Sprzedawcy autonomicznej jazdy: jest super. Byli pracownicy Tesli: w życiu nie wsiądę
REKLAMA

Jest taki test prawdomówności, który bardzo trudno oszukać: zapytać kogoś, czy sam skorzystałby z produktu, który sprzedaje. Agencja Reuters zadała to pytanie byłym pracownikom Tesli, którzy trenowali oprogramowanie Full Self-Driving, i usłyszała rzeczy, których Elon Musk raczej nie umieściłby w prezentacji dla inwestorów.

REKLAMA

Mowa o tak zwanych data labelers – etatowcach, którzy siedzą w biurach i oglądają klatka po klatce nagrania z kamer aut jadących na FSD. Zaznaczają, co było dobrym manewrem, a co katastrofą, i odsyłają problemy do inżynierów. Praca jak każda inna, tyle że z okazjonalnymi sarnami, kotami i psami w roli ofiar.

Głosy warte wysłuchania

Z relacji dziewięciu byłych pracowników i jednego inżyniera wyłania się obraz systemu, który wciąż potrafi polec na podstawowych rzeczach: nieustąpieniu pojazdom uprzywilejowanym, niezatrzymaniu się przed szkolnym autobusem, wjechaniu w strefę robót drogowych i otarciu się o pracowników. Padło tam zdanie, które robi za myśl przewodnią tego tekstu: jeden z rozmówców stwierdził, że nie wsiadłby do teslowej robotaksówki, nawet gdyby mu za to zapłacono.

REKLAMA

Inny weteran, który latami analizował dane o wypadkach Tesli, nazwał deklaracje o bezpieczeństwie nieprawdziwymi i poradził – cóż za niespodzianka! – by nie wierzyć w tej kwestii Elonowi Muskowi. Któżby się spodziewał?

A skoro o liczbach mowa: Tesla od dawna chwali się, że FSD jest nawet dziesięć razy bezpieczniejsze od człowieka. Żeby to pokazać, porównuje dwie liczby: jak często rozbijają się jej auta na FSD kontra jak często rozbijają się wszystkie auta w USA (według danych federalnych). Problem w tym, że obie strony tego porównania liczone są według kompletnie innej miary „wypadku". Reuters pokazał te statystyki jedenastu badaczom bezpieczeństwa ruchu. Dziesięciu uznało je za marketing, a nie za rzetelną analizę.

REKLAMA

Powód? Po stronie Tesli do statystyk trafiają tylko te zdarzenia, w których odpaliły poduszki powietrzne, a lżejsze stuknięcia czy otarcia po prostu nie są liczone jako wypadek. Po stronie federalnej do statystyk trafia znacznie szerszy zakres zdarzeń – łącznie z takimi, w wyniku których nikomu nic się nie stało, a auto trzeba było tylko odholować lawetą.

Efekt jest taki, że Tesla liczy sobie wyłącznie poważne kraksy, a „przeciętnemu autu” dolicza też mnóstwo drobnych stłuczek. Nic więc dziwnego, że z takiej kreatywnej matematyki wychodzi, że Tesla ma „mniej wypadków”. Tyle że to zabieg mający przedstawiać FSD w jak najkorzystniejszym świetle. To trochę jakby chwalić się, że chorujesz rzadziej niż sąsiad, ale u siebie liczyć tylko pobyty w szpitalu, a u niego każde kichnięcie.

REKLAMA

Do tego dochodzi kolejny „drobiazg” psujący całą układankę: porównywano nowe Tesle z przeciętnym amerykańskim autem, które jest o dobrych kilka lat starsze i często nie ma żadnych nowoczesnych systemów wspomagania. Eksperci z Carnegie Mellon University – jednej z czołowych uczelni technicznych na świecie, szczególnie znanej z informatyki, robotyki i sztucznej inteligencji – ujęli to wprost: każde nowe auto jest dramatycznie bezpieczniejsze od dwunastoletniego.

Czyli porównujemy nie jabłka z gruszkami, tylko jabłka z czymś, co już dawno spadło z drzewa.

REKLAMA

Warto przy tym pamiętać, czym dziś naprawdę jest „robotaksówka” Tesli. Usługa ruszyła w czerwcu 2025 roku w Austin, a przez większość czasu w autach i tak siedział człowiek pełniący rolę nadzoru. Pełna autonomia, którą Musk obiecuje „w przyszłym roku” mniej więcej od kilku lat, wciąż pozostaje w sferze życzeń.

Dla kontrastu mamy Waymo, które obsługuje robotaksówki w kilkunastu miastach. Zestawia swoje kolizje z możliwie podobnymi autami z tego samego rynku, oddaje dane do recenzji innym i samo wytyka sobie słabości – akurat tych dwóch rzeczy w wykonaniu Tesli nie widać.

Tylko czy ktoś posłucha?

Tu dochodzimy do pytania z tytułu, które dotyczy nie tyle Tesli, ile nas. Bo historia z trenerami FSD jest tylko najświeższą wersją starej lekcji: ci, którzy budują daną technologię od środka, zwykle wiedzą o niej najwięcej – i bywa, że to właśnie oni trzymają się od niej jak najdalej.

REKLAMA

I nie kończy się to na samochodach. Ten sam schemat widać w całej branży sztucznej inteligencji, która dziś podpowiada, co kupić, pisze maile i coraz śmielej zasiada za wirtualną kierownicą naszych decyzji. Różnica jest taka, że tu ostrzeżenia nie wyciekają z anonimowych relacji byłych pracowników, tylko krzyczą z nagłówków i to z nazwiskami. W 2023 roku ponad trzystu badaczy i szefów firm podpisało jednozdaniowe oświadczenie, że ograniczanie ryzyka wyginięcia z powodu AI powinno być globalnym priorytetem na równi z pandemiami i wojną nuklearną. Trudno o mocniejsze „uważajcie” niż postawienie własnego produktu obok bomby atomowej.

Pod tym apelem podpisali się nie hejterzy technologii, tylko jej współtwórcy: między innymi Geoffrey Hinton i Yoshua Bengio – laureaci Nagrody Turinga nazywani ojcami chrzestnymi AI – a obok nich szefowie OpenAI, Google DeepMind i Anthropic. Hinton odszedł zresztą z Google’a, żeby móc swobodnie mówić o zagrożeniach, a pod koniec 2025 roku przyznał, że martwi się dziś bardziej niż dwa lata wcześniej, bo technologia rozwija się szybciej, niż zakładał. I coraz lepiej radzi sobie z oszukiwaniem ludzi. To dokładnie ta sama logika, co w teslowym biurze w Utah: ludzie, którzy grzebią technologii pod maską, najczęściej ostrzegają przed ślepym uwielbieniem.

REKLAMA

Nie chodzi o to, by spisać autonomiczną jazdę na straty – sama idea aut, które jeżdżą lepiej od zmęczonego kierowcy o trzeciej nad ranem, jest dobra jako forma transportu. Chodzi o to, żeby odróżniać prezentację od dowodu, a slajd z atrakcyjnymi liczbami od metodologii.

Reklama mówi, jak ma być. Ludzie od środka mówią, jak jest.

REKLAMA

Następnym razem, gdy ktoś sprzeda nam „dziesięć razy bezpieczniej”, warto zadać to jedno proste pytanie: a ty sam byś wsiadł? Odpowiedź – o ile szczera – zwykle mówi więcej niż cała kampania marketingowa.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.

REKLAMA
REKLAMA