REKLAMA

Będziesz robił zdjęcia swoim tablicom rejestracyjnym i wysyłał do urzędu. A potem podziękujesz

Od 18 stycznia 2027 r. wniosek o rejestrację auta złożymy przez internet. Teraz okazuje się, że dołączymy do niego zdjęcia tablic rejestracyjnych. Ministerstwo nie napisało jednak ani słowa o tym, jak urzędnik ma te zdjęcia zweryfikować.

Będziesz robił zdjęcia swoim tablicom rejestracyjnym i wysyłał do urzędu. A potem podziękujesz
REKLAMA

Kierunek jest słuszny. Odkręcanie tablic, pękające ramki, urlop na wizytę w urzędzie i kolejka do okienka odchodzą do przeszłości, o czym pisaliśmy przy okazji nowelizacji Prawa o ruchu drogowym. Gorzej, że przy tej samej okazji ktoś wpadł na pomysł, który broni się już tylko na papierze.

REKLAMA

W projekcie rozporządzenia Ministra Infrastruktury, skierowanym do uzgodnień i konsultacji, kryje się krótki przepis o sporych konsekwencjach. Otóż właściciel, składając wniosek przez usługę ministra cyfryzacji, będzie dołączać do niego dokumenty elektroniczne albo ich cyfrowe odwzorowania oraz zdjęcia tablic rejestracyjnych. I to tyle.

Ani słowa o rozdzielczości, kadrze, dacie wykonania, widocznym w tle aucie czy jakimkolwiek sposobie potwierdzenia, że fotografia przedstawia tablice danego pojazdu z danego tygodnia.

REKLAMA

Przepis działa bezwarunkowo

Obowiązek zrobienia zdjęcia jest pomysłem samego resortu. Ustawa z 7 listopada 2025 r. zmienia tylko formę wniosku: dodany przepis pozwala złożyć go za pomocą usługi ministra właściwego do spraw informatyzacji, w tym w aplikacji mObywatel. O fotografiach nie ma tam ani słowa, bo te pojawiły się dopiero w rozporządzeniu. Termin to 18 stycznia 2027 r. Mamy więc nieco ponad trzy miesiące na zastanowienie się, co urzędnik ma właściwie z tym zdjęciem zrobić.

Właściciel dołącza zdjęcia tablic i kropka. Nie przewidziano wyjątku dla sytuacji, w której tablic nie ma – np. w nowym aucie albo w pojeździe sprowadzonym bez blach. Sam projekt o takich pojazdach doskonale pamięta, bo zostawia w katalogu załączników oświadczenie o sprowadzeniu auta bez tablic. Jedna ręka wie, że tablic może nie być, druga każe je sfotografować.

REKLAMA

Gdy numer rejestracyjny ma zostać zachowany, lista załączników puchnie, bo dołączyć trzeba zdjęcie nie tylko tablic, ale i dotychczasowego dowodu rejestracyjnego, czyli dokumentu wystawionego na poprzedniego właściciela. Z kolei uzasadnienie tego fragmentu wymienia już same tablice, a o zdjęciu dokumentu milczy. To zresztą niejedyny problem z tym tekstem, do czego jeszcze wrócimy.

Czy ktoś tu spojrzał w kalendarz?

Zdjęcie jako dowód brzmi solidnie dopóty, dopóki o aparacie myślimy jak o urządzeniu rejestrującym to, co stoi przed obiektywem. Tylko że mamy rok 2026, nie 2006. Dziennikarze 404 Media sprawdzili, ile to dziś warte: wygenerowali obraz fałszywego dokumentu ułożonego na puszystym dywanie i przeszli nim weryfikację tożsamości na giełdzie kryptowalut. Jak głosi hasło jednego z serwisów do generowania tego typu obrazków: „Era renderowania dokumentów w Photoshopie dobiega końca”.

REKLAMA

Ktoś powie: przecież wystarczy zajrzeć w metadane. W porządku, tylko w dzisiejszych czasach ich podmiana jest dziecinnie prosta, włącznie z lokalizacją, datą, godziną i modelem urządzenia, bo akurat te dane bywają sprawdzane przy weryfikacji. Fałszerz, który myśli o pliku, pomyśli też o jego opisie.

A kto miałby to wyłapać? Urzędnik w wydziale komunikacji nie jest biegłym z zakresu analizy obrazu. Projekt niczego takiego na razie nie przewiduje. Ocena skutków regulacji mówi wprost, że zmiana nie obciąży finansowo ani budżetu państwa, ani samorządów. Nowy obowiązek ma więc nic nie kosztować i weryfikować się sam.

REKLAMA

Dokumentów ma być mniej

W ocenie skutków regulacji można za to przeczytać, że dokumentów ubędzie, bo papierowe wnioski zostaną zastąpione przez wersje elektroniczne. Tyle że te też trzeba przechowywać, a katalog załączników rośnie: dochodzą zdjęcia tablic oraz potwierdzenie dokonania opłat za wydanie dokumentów lub oznaczeń. To drugie jest zresztą urocze – w usłudze spiętej z CEPIK-iem obywatel ma udowodnić urzędowi, że zapłacił temu urzędowi, ale takie wymogi nie są w urzędach niczym nowym.

Najciekawsze jest to, że państwo dysponuje w tej sprawie narzędziem z założenia skuteczniejszym niż fotografia. Właściciel, który chce zachować dotychczasowy numer, deklaruje stan tablic pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń. Kto jest gotów skłamać w takim dokumencie, ten nie będzie miał problemu z dorzuceniem do wniosku ładnego obrazka.

REKLAMA

A do urzędu i tak pójdziemy (lub przygotujemy paczkę), bo oryginały dokumentów oraz dotychczasowe tablice właściciel ma dostarczyć najpóźniej przed odbiorem nowego dowodu rejestracyjnego. Zdjęcie zyskuje samodzielne znaczenie przede wszystkim tam, gdzie tablice zostają przykręcone do auta, czyli przy zachowaniu dotychczasowego numeru.

A może by tak przeczytać ten projekt jeszcze raz?

W tej samej nowelizacji jest zresztą rozwiązanie, które pokazuje, że da się inaczej. Przy pierwszej rejestracji auta sprowadzonego z Unii organ rejestrujący sam pobierze dane pojazdu z bazy państwa, w którym był on wcześniej zarejestrowany, i porówna je z dokumentami dołączonymi do wniosku. Maszyna spyta maszynę, nikt nikomu nie musi wierzyć na słowo. Tylko po co w takim razie przepis, w którym dowodem na istnienie tablicy ma być zdjęcie przysłane przez zainteresowanego?

REKLAMA

Przy lekturze trudno zresztą nie zauważyć, że sam projekt nie jest wzorem staranności. Polecenie nowelizacyjne zapowiada dodanie ustępów od 1a do 1c, po czym dodaje ich sześć, do 1f włącznie. We wzorze wniosku dane są „nie obowiązkowe”, przypis odsyła „zgodnie za art.”, a uzasadnienie mówi o kontakcie „w właścicielem pojazdu”. Wszystko pod klauzulą o zgodności pod względem prawnym, legislacyjnym i redakcyjnym. Trudno oprzeć się wrażeniu, że do ministerstwa sztuczna już inteligencja dotarła.

Nie chodzi o to, żeby wracać do kolejek. Chodzi o to, żeby nie pozorować kontroli tam, gdzie jej nie ma. Jeśli zdjęcie ma być dowodem, trzeba do tego dopisać, co ma przedstawiać, kiedy ma powstać oraz kto i czym je sprawdzi. Jeśli ma być formalnością, nazwijmy rzecz po imieniu i oszczędźmy wszystkim tych kilku kliknięć.

REKLAMA

Do stycznia zostało raptem kilkanaście tygodni. Na razie mamy przepis oparty na tym, że obywatel nie oszuka, a gdyby jednak oszukał, to ktoś to zauważy. Obie połowy tego założenia są równie dziurawe. Sprawdzenia natomiast nie przewidziano, bo – zgodnie z samym uzasadnieniem – „ocena skutków regulacji nie zakłada ewaluacji efektów projektu”.

REKLAMA

Zdjęcie główne powstało z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.

REKLAMA
REKLAMA