Zakazywanie hulajnóg nie działa. Są na to dowody
Zakaz, którego nikt nie przestrzega, to żaden zakaz. Najnowsze badanie właśnie pokazało, co się dzieje, gdy prawo mówi „nie wolno”, a rzeczywistość odpowiada „ale można”. A mimo to są jeszcze tacy, co liczą na inny finał.

W czasopiśmie medycznym „Emergency Medicine Journal” ukazał się właśnie raport na temat wypadków z udziałem e-hulajnóg na publicznych drogach Wielkiej Brytanii. W trzech szpitalach dziecięcych – w Liverpoolu, Manchesterze i Sheffield – liczba nieletnich użytkowników tych pojazdów, którzy trafili na tamtejsze oddziały z urazami, wzrosła z niecałych 10 rocznie w 2019 roku do prawie 150 w 2024. Kilkunastokrotnie.
Dane pochodzą z recenzowanego badania, które objęło 477 pacjentów poniżej 16. roku życia. Dominowały nastolatki, ale najmłodszy ranny miał zaledwie dziewięć lat.
Zakaz totalny
Sedno problemu leży jednak gdzie indziej. W Wielkiej Brytanii prywatną hulajnogą elektryczną w ogóle nie wolno jeździć po drogach publicznych. Można ją legalnie prowadzić wyłącznie na terenie prywatnym, za zgodą właściciela. Wypożyczyć – owszem, w ramach rządowego pilotażu, od 16 lat i co najmniej z provisional license, czyli tymczasowym prawem jazdy.
Prywatne e-hulajnogi w Wielkiej Brytanii nigdy nie były zalegalizowane do jazdy po drogach publicznych. Kwalifikują się prawnie jako „powered transporters” i podlegają pod Road Traffic Act z 1988 roku. Żeby legalnie jeździć po drodze, musiałyby spełnić konkretne wymogi (ubezpieczenie, homologacja, światła, tablice itd.), których w praktyce spełnić się nie da.

Jeśli więc chcesz jeździć swoim pojazdem, to tylko po zamkniętym terenie. Według szacunków po Wyspach jeździ około 1,2 miliona takich prywatnych hulajnóg. Ciekawe, ilu właścicieli ogranicza swoje przejazdy wyłącznie do własnego ogródka.
Ministerstwo szuka rozwiązania
Badacze policzyli, że 80 procent wypadków dotyczyło właśnie prywatnych pojazdów, a ponad połowa zdarzeń miała miejsce w przestrzeni publicznej – na drogach, chodnikach, w parkach. Czyli dokładnie tam, gdzie prawo mówi „absolutnie nie”. Kask nosiło mniej niż 2 procent rannych.
Ciekawy jest też wątek poboczny – otóż trzech na czterech poszkodowanych mieszkało w najbiedniejszych dzielnicach. To sprawia, że popularna narracja o zabawkach dla bogatych dzieciaków zaczyna się sypać. W UK jest to raczej tani środek transportu, który akurat bywa śmiertelny.
No właśnie, śmiertelny. Brytyjska rada bezpieczeństwa transportu naliczyła 59 zgonów związanych z hulajnogami w latach 2019–2025. Niemal co piąty to osoba nieletnia. Pomimo zakazu.
W obliczu tych faktów brytyjski minister transportu chyba zrozumiał, że dotychczasowa droga okazała się ślepą uliczką. Zamiast mówić „będziemy karać ostrzej”, proponuje zmiany – skoro ludzie i tak jeżdżą, to trzeba te hulajnogi zalegalizować i uregulować. Bo jeśli zakaz nie działa, może zadziałają regulacje z sensownie wyznaczonymi ramami.
My brukujemy piekło
My mamy przepisy oderwane od rzeczywistości. Od marca 2026 minimalny wiek kierującego hulajnogą elektryczną na drodze publicznej wzrósł z 10 do 13 lat. Dziecko poniżej 13 roku życia nie pojedzie już legalnie po drodze ani ścieżce rowerowej, nawet pod nadzorem rodzica. Do tego od czerwca kask stał się obowiązkowy dla wszystkich do 16. roku życia.
Intencje szczytne, tyle że brytyjskie dane podają w wątpliwość ich skuteczność. Skoro na Wyspach całkowity zakaz jazdy prywatną hulajnogą po drodze nie powstrzymał dziesięciokrotnego wzrostu urazów u dzieci, to dlaczego przesunięcie polskiej granicy wieku o trzy lata miałoby zadziałać lepiej? Zakazu i tak nikt nie widzi, dopóki dziecko nie wyląduje na SOR-ze.

A nasze statystyki wcale nie są weselsze. Według Policji w 2025 roku doszło do 1158 wypadków z udziałem hulajnóg elektrycznych – o 54 proc. więcej niż rok wcześniej. Zginęło 11 osób (wobec 5 w 2024), a 1055 zostało rannych. A to przecież tylko zdarzenia, które zostały zgłoszone i trafiły do statystyk.
W połowie 2025 roku aż 70 procent uczestników takich wypadków stanowiły osoby poniżej 17. roku życia. Krzywa pnie się w górę jak u Brytyjczyków, tyle że my dopiero zaczynamy odliczanie.
Przepis? Tak, ale na kolejne tragedie
Pisaliśmy o tym wielokrotnie: prawdziwym problemem nie są przepisy, tylko pojazdy, które hulajnogami są wyłącznie z nazwy, skoro potrafią jechać trzy razy szybciej, niż pozwala ustawa. Blokada? Podobno kiedyś była. W praktyce limit 20 km/h da się obejść tak łatwo, że praktycznie każdy obserwowany użytkownik jedzie szybciej.
W polskim prawie nie istnieje przepis brzmiący „zabrania się sprzedaży hulajnóg jeżdżących powyżej 20 km/h”. Jest definicja i warunki techniczne. Tylko co z tego, skoro sprzedawca może je legalnie sprzedawać – wystarczy, że nie nazywa ich „hulajnogami elektrycznymi” dopuszczonymi do ruchu.
Trudno nie odnieść wrażenia, że polskie przepisy dla e-hulajnóg od początku były pisane tak, jakby ustawodawca nie do końca wiedział, co reguluje.
A wnioski są brutalnie proste. Zakaz działa tak dobrze, jak dobrze się go egzekwuje. Tymczasem e-hulajnogi to sprzęt wprost idealny dla samozwańczych ninja – cichy, mały, znika bezszelestnie za rogiem, zanim ktokolwiek zdąży się zorientować, co się w ogóle stało.

Uczmy się na cudzych błędach
Na Wyspach mieli najostrzejszy zakaz z możliwych, bo totalny, a efektem okazał się kilkunastokrotny wzrost liczby urazów. My postawiliśmy na wariant łagodniejszy. A pojazdy rozpędzające się w okolice 100 km/h nadal są w sprzedaży. I za jakiś czas będziemy udawać zdziwienie, gdy liczby nie drgną albo – co gorsza – znów pójdą w górę.
Może więc warto podejść do tego bez złudzeń. Podniesiony wiek to nie rozwiązanie, tylko papierowa tarcza, którą trzymamy przed czymś, co przejeżdża obok chodnikiem z prędkością skutera.
Brytyjczycy przynajmniej mieli odwagę przyznać, że fiasko niedziałających zakazów stało się jasne. My zmieniamy okulary przeciwsłoneczne na ciemniejsze, żeby mniej raziło.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.