Obejrzałem nagranie z wypadku w Nowym Sączu. To musiało się tak skończyć
Kiedy zobaczyłem nagrania z niedzielnego wypadku w Nowym Sączu, pierwszą myślą nie było „jak mogło do tego dojść?”. Pomyślałem raczej: „jakim cudem dopiero teraz?”.

Od lat obserwuję, co dzieje się na ulicach tego miasta. Samochody, motocykle, nocne przejazdy, wyścigi spod świateł, ryczące wydechy. Nie twierdzę, że każdy młody kierowca w BMW jest piratem drogowym. Twierdzę natomiast, że w Nowym Sączu od dawna istnieje przestrzeń, w której takie zachowania są wyjątkowo łatwe do zaobserwowania i – mam wrażenie – wyjątkowo dobrze tolerowane.
Nowy Sącz ma tę specyficzną cechę, że gdy jesteś tam pierwszy raz, możesz mieć wrażenie, że wyjechałeś z Polski, ale jeszcze nie dojechałeś do żadnego konkretnego kraju. To ciekawe miejsce na mapie Polski. Odcięty od świata w zasadzie z każdej strony, wklejony w nieckę za malowniczym Jeziorem Rożnowskim, żyje trochę we własnym świecie i na własnych zasadach. I nie zawsze jest to dobre.
Komis, kościół i BMW
Dla mnie jako przyjezdnego to miasto wielu niespodzianek. Pierwszą jest to, że gdzie nie rzucisz kamieniem, to trafisz albo w autokomis, albo w coś katolickiego. Katolickie (z nazwy) jest tam niemal wszystko. Na co drugim budynku wisi stosowna tabliczka, która o tym informuje. Biblioteki, przedszkola, ośrodki i co tylko chcecie. Nawet cyrk reklamowany był jako widowisko „ku chwale Pana”. Pokazy motocrossowe? A jakże! Ale my nie o tym.
Nigdy nie liczyłem komisów samochodowych w Sączu i najbliższych okolicach, ale ogólnie od samego początku moich wizyt tam odniosłem wrażenie, że jest ich nadreprezentacja. Zjeździłem kraj wszerz i wzdłuż i są takie miejsca, gdzie prawdopodobnie dekady temu jeździło się po auta. Dziś internet tę rzeczywistość wywrócił do góry nogami, ale tradycja zobowiązuje, zwłaszcza w Sączu.

Trudno nie zauważyć, jak mocno samochód jest częścią lokalnego krajobrazu. Czy bardziej niż w innych podobnych społecznościach? Pewnie nie, ale też nie mniej. I w sumie mnie to nie dziwi, bo jest gdzie fajnie pojeździć.
Z każdej strony wiją się kręte, podmiejskie dróżki, często w naprawdę malowniczych okolicznościach przyrody, wcinając się między jakieś pagórki, biegnąc nad kolejnymi potokami zasilającymi Dunajec, Kamienicę albo Poprad. Wskaźnik przyjemności z jazdy (o ile się nie spieszysz) jest tam naprawdę wysoki.
Jest gdzie i jest za co
Inną niespodzianką, która mnie zaskoczyła, jest to, jak dużo w Nowym Sączu jest ludzi z naprawdę dużymi pieniędzmi. Nie bez powodu od lat mówi się o nim „miasto milionerów”.
Dlaczego akurat tam? Nie mam pojęcia. Skąd ci wszyscy milionerzy? Też nie wiem. Kilku jest znanych i raczej przypadkowych, bez związku biznesowego z regionem. Akurat tak się przytrafiło, że wystartowali ze swoimi firmami stamtąd. Ale to kilku. Co do reszty – trudno stwierdzić.
Z tych obserwacji wyłania się obraz miasteczka, które trochę bardziej lubi auta, trochę bardziej ma gdzie nimi pojeździć i ma średnio trochę więcej pieniędzy. Kolega z redakcji twierdzi, że to nic specjalnego, bo dzisiaj ludzie mają pieniądze i wsadzają je w samochody. I być może tak jest. Natomiast w moim odczuciu w Sączu jest tak trochę bardziej.
Bo nigdzie indziej, wychodząc na spacer z psem, nie spotykam w środku tygodnia McLarena, nowej Corvetty i innych podobnych cukiereczków. W Sączu pierwszy raz widziałem na żywo Audi RS5, Lamborghini Urusa, kilka topowych Mercedesów AMG, no i oczywiście cały wachlarz BMW w wersji M.
A geografia sprawia wrażenie, że jesteś w mieście wielkości Sieradza czy innego Łowicza. Tylko zlepionego z drogich, często luksusowych i nietanich fur.

A kiedy rodzice mają (średnio) więcej pieniędzy, to dzieci mają (średnio) lepsze, szybsze zabawki, które dostają wcześniej. Mieszkańcy traktują to poniekąd jako element lokalnej scenografii. Moi teściowie mieszkają w okolicy tzw. jojka, czyli sporego parkingu nad Kamienicą, który służy za miejsce spotkań lokalnych entuzjastów motoryzacji. I fajnie, gdyby nie fakt, jak te spotkania przekładają się na całe miasto.
W weekendowe wieczory naprawdę trudno tam wytrzymać. Piszę o weekendach, bo wtedy to w zasadzie pewnik, chociaż tak wygląda i brzmi tam niemal każdy wieczór, po którym jest dzień wolny.
I mówię to z pozycji gościa, który lubi motoryzację trochę bardziej niż przeciętny Kowalski. Hałas piłowania silników i koncertów z wydechów jest nieznośny. Stojąc na balkonie, mogę bez problemu śledzić trasy przejazdów kolejnych mini-wyścigów po samych odgłosach. Czy tym razem pojechali na Krynicę, na Brzesko, czy raczej w stronę centrum. A skoro ja mogę, to każdy może. Tylko nikt najwyraźniej nie chce.
I nikt tego nie ściga
Lokalna policja na pewno zgłosiłaby w tym temacie zdanie odrębne, tylko że z perspektywy mieszkańca niewiele z tego wynika. Obserwacje prowadzą do takich wniosków.
Ogólne przyzwolenie jest większe niż w innych miejscach, gdzie regularnie bywałem. Wyścigów jest więcej, hałasu jest więcej. Do tego stopnia, że będąc w Sączu, mój pies nie chce wieczorami wychodzić na spacery, bo zwyczajnie się boi. Ciemność kojarzy mu się z rykiem z każdej strony i salwami wystrzałów.
A jak zdarzy mi się przyjechać motocyklem, mam wrażenie, jakby na plecach ktoś nakleił mi karteczkę z jakimś niecenzuralnym napisem wymierzonym w lokalsów. Bo nie mogę sobie ot tak przejechać przez miasto. Po kilku chwilach mam na ogonie jakiegoś małolata w trybie Race, który musi mi coś udowodnić.

I oczywiście – w oczach dwudziestolatka w BMW jestem starym prykiem. I być może tak jest. Zapewne dwie dekady wstecz inaczej patrzyłbym na takie zabawy, a wizja terroryzowania okolicy wraz z grupką kolegów miałaby dalece wyższy współczynnik fajności. Nie zamierzam udawać świętoszka. Ale po to są dorośli, po to utrzymujemy instytucje, łożymy na policję, żeby próbować jakoś to równoważyć.
Cieszmy się samochodami, ale z głową
Jestem jak najbardziej za pielęgnowaniem kultury motoryzacyjnej. Nie popieram nowych przepisów o zlotach. Widzę w tym wiele wartości, która kształtuje później młodych ludzi. Zwłaszcza w czasach, gdy spotkania „w realu” to już często relikt przeszłości.
Nie będę więc postulował o likwidację „jojka” czy wyłapywanie tych wszystkich małolatów z urzędu. Niech się spotykają, niech się dzielą pasją i zarażają innych, niech budują społeczność. Ale nie w takiej formie, nie takim kosztem.
Ten wypadek był tylko kwestią czasu. Czasu, który dla Bogu ducha winnego przechodnia skończył się za szybko. Pytanie brzmi, czy ta śmierć zostanie kolejną „tragedią na drodze”, o której przez kilka dni będzie się mówić, a potem wszyscy wrócą do swoich spraw. Czy może ktoś wreszcie uzna, że jeśli co weekend słychać wyścigi, ryczące wydechy i kolejne popisy, to problem nie zaczyna się w momencie wypadku.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.