REKLAMA

Gdzie się podziało koło zapasowe? Producenci mają swoją teorię

W 2026 r. coraz trudniej kupić samochód, który na liście wyposażenia ma choćby dojazdowe koło zapasowe. Kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie jeździć bez zapasu, a dzisiaj? Producenci mają oczywiście swoje argumenty, ale moim zdaniem nie mają one większego znaczenia.

Gdzie się podziało koło zapasowe? Producenci mają swoją teorię

Jako zwolennik motoryzacji prostej i analogowej, mogę się pochwalić czymś, co ma mój samochód, a czego nie mają te dużo droższe, należące do moich kolegów. Bynajmniej jednak nie chodzi mi o darmową saunę z braku klimatyzacji, czy mobilną siłownię z braku wspomagania, a o element, który niegdyś wydawał się absolutnie obowiązkowym w każdym aucie - pełnowymiarowe koło zapasowe.

Dzisiaj to już właściwie wymarło, a i nawet koło dojazdowe zaczyna być dobrem luksusowym. Ale skąd właściwie się to bierze?

Z punktu widzenia producenta ma to sens

Po pierwsze, masa. Pełnowymiarowe koło zapasowe waży zwykle 15-20 kg. Dla producenta każda oszczędność kilogramów oznacza odrobinę niższe zużycie paliwa lub większy zasięg w samochodzie elektrycznym - szczególnie w erze rozwoju tych drugich, których baterie ważą tyle, co przeciętny dorosły obywatel Stanów Zjednoczonych.

Po drugie, koszty. Koło, felga, lewarek i klucz do kół kosztują. Może nawet niewiele, ale pomnożone przez setki tysięcy wyprodukowanych aut mogą robić się z tego dziesiątki milionów euro oszczędności. A do tego wielu kierowców jeżdżących przez dekady nie musi nawet nigdy wymieniać koła.

Po trzecie, przestrzeń. Dzisiaj pod podłogą bagażnika często znajdują się akumulatory aut hybrydowych, elementy instalacji LPG, elektronika albo po prostu producenci wykorzystują tę przestrzeń na schowek pod bagażnikiem czy jego powiększenie.

Wypada też wspomnieć o rozwoju technologii - nowoczesne opony są lepszej jakości niż 20-30 lat temu, a i wiele samochodów ma system monitorowania ciśnienia (TPMS), który ostrzega o utracie powietrza, zanim dojdzie do poważniejszego uszkodzenia.

Ale zestaw naprawczy nie zawsze wystarczy

Producenci często mówią, że "przecież jest zestaw naprawczy". No jest, owszem, ale nie jest on cudownym rozwiązaniem. Działa on głównie na mniejsze uszkodzenia, jak np. niewielkie przebicia, gdy opona nie została rozerwana, ani uszkodzona z boku.

Tymczasem, jeśli wjedziesz w głęboką dziurę albo w krawężnik i rozetniesz bok opony, pianka niewiele pomoże. A najśmieszniej się robi, kiedy przywalisz na tyle mocno, że wygniesz felgę - wtedy twój zestaw naprawczy będzie równie przydatny, co bukiet surówek z wiosennych warzyw pod podłogą bagażnika. Zostanie laweta lub pomoc drogowa.

Ale i ten assistance nie zawsze da radę. Owszem, w dużym mieście pomoc często przyjedzie w ciągu godziny. Ale jeśli przebijesz oponę na wakacjach, w górach albo za granicą, możliwość samodzielnej wymiany koła nadal jest ogromną zaletą.

Bezsensownym argumentem jest też (przynajmniej moim zdaniem) kwestia nieużywania "zapasu". Znam ludzi, którzy jeżdżą od lat i nigdy nie użyli koła zapasowego i to nie jest nic dziwnego. To tak jak nigdy nie przeżyć pożaru, zalania piwnicy, czy ataku Godzili - można przejść przez życie bez takich doświadczeń. Ale tak samo można nigdy nie użyć gaśnicy samochodowej, czy trójkąta ostrzegawczego, nie wspominając o "głupotach", jak tylna kanapa.

Coraz więcej nowych samochodów kosztuje 200-300 tys. zł, a mimo to nie mają nawet koła dojazdowego, co dopiero mówiąc o pełnowymiarowym. Zamiast tego dostajesz butelkę uszczelniacza i mały kompresor. Dla wielu kierowców to jeden z tych elementów, gdzie postęp technologiczny niekoniecznie oznacza większą wygodę. W praktyce, jeśli kupujesz nowe auto, warto sprawdzić, czy producent oferuje koło dojazdowe jako opcję - czasem można je dokupić za rozsądną dopłatą i mieć spokój na lata.

Więcej o wyposażeniu samochodu przeczytasz tutaj:

Marek Stawski
Redaktor

Od 2024 r. redaktor portalu Autoblog. Zajmuje się tematyką motoryzacji rosyjskiej, chińskiej, a także samochodami klasycznymi i nietypowymi. Po pracy, na imprezach porywa towarzystwo ciekawostkami o fabrycznych oznaczeniach radzieckich samochodów. Miłośnik włoskiej motoryzacji, hawajskich koszul i wszystkiego, co smakuje miętą.