Rządowi spodobało się regulowanie cen. Mają nowy sposób
Trzy miesiące rząd trzymał ceny paliw za rękę, a gdy tylko ją puścił, pylony wystrzeliły w górę równiutko o północy. Teraz minister energii ma pomysł: skoro koncerny szybko podnoszą, to niech ustawowo równie szybko obniżają.

Przez trzy miesiące państwo trzymało ceny paliw krótko. Obniżony VAT, ścięta akcyza i codziennie ogłaszana cena maksymalna, której żadna stacja nie miała prawa przekroczyć pod groźbą kary do miliona złotych. Brzmiało jak troska o kierowcę. W praktyce była to kroplówka podłączona do budżetu i wszyscy z góry wiedzieli, że kiedyś ktoś ją odepnie.
Cała zabawa według oficjalnych szacunków Ministerstwa Finansów kosztowała budżet około 4,7 mld zł, czyli równowartość kilkudziesięciu kilometrów autostrady. Tyle że autostrada zostaje, a tania benzyna wyparowała dokładnie o północy z 30 czerwca na 1 lipca. Paliwo przez te trzy miesiące nie było tańsze – ono było tańsze na stacji. Różnicę dopłacaliśmy wszyscy, tylko nie było jej widać na świecącym pylonie, więc jakby jej nie było.
Efekt końca programu każdy z nas widział na własne oczy. I wyglądał on dokładnie tak, jak można się było spodziewać. We wtorkowy wieczór pod stacjami ustawiły się kolejki jak po papier toaletowy na początku pandemii – auta oblepiały dystrybutory, ludzie w lejącym się z nieba upale walczyli o ostatni bak po starej cenie. A rano było już po wszystkim: dziewięćdziesiątka piątka skoczyła do okolic 6,80 zł, a gdzieniegdzie diesel podrożał nawet o złotówkę na litrze.
Nie ma takiego podnoszenia
Tutaj wchodzi minister Miłosz Motyka z iście przełomowym odkryciem, które każdy kierowca w tym kraju poczynił maksymalnie w przeciągu 12 miesięcy od odebrania prawa jazdy. Otóż minister odkrył, że gdy ropa drożeje, ceny na stacjach skaczą w górę tego samego dnia, czasem kilka razy, natomiast gdy cena baryłki spada, obniżki jakoś się „opóźniają”. Faktycznie – szok!
Od razu zaznaczę, że jestem bardzo daleko od twierdzenia, że koncerny to niewinne baranki. Rzecz w tym, że państwo przez trzy miesiące samo ustalało ceny maksymalne sztywnym algorytmem. Trudno więc teraz dziwić się, że po zdjęciu regulacji rynek robi to, co rynek robił zawsze. Chociaż asymetria „katapulta w górę, piórko w dół” jest realna i irytująca. Tylko nie udawajmy, że to problem, który pojawił się w kwietniu A.D. 2026.

Rozwiązanie? Minister nie wyklucza wprowadzenia mechanizmu, który – jak to ujął – mobilizowałby koncerny do tego, by ceny były podnoszone rzadziej i obniżane szybciej. Innymi słowy: skoro rynek zachowuje się nie tak, jak byśmy chcieli, to wpiszemy mu do ustawy, jak ma się zachowywać. Logika jest tu urocza w swojej prostocie. Już słyszę te głosy „Komuna!”. Tylko że w przypadku jednego absolutnie dominującego gracza, jakim jest Orlen, nie bardzo jest inne wyjście.
Kto za to zapłaci?
Do tego dochodzi drugi filar całej konstrukcji – podatek od nadzwyczajnych zysków, tak zwany windfall tax, który ma zabrać koncernom to, co ugrały na kryzysie. I tu robi się pikantnie, bo w ten sposób rząd na jednym wydechu mówi „obniżajcie ceny” i „oddajcie zyski”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niezależnie od tego, co zrobią stacje, suweren i tak zostanie wydojony – raz przy dystrybutorze, raz w rubryce budżetowej. Zmienia się tylko okienko, do którego płaci.
Najzabawniejsze jest to, że akurat teraz, gdy program wygasł, do Sejmu wpłynął projekt kolejnej obniżki podatków na paliwa. Czyli scenariusz jest taki: regulujemy, deregulujemy, dziwimy się, że drogo, i regulujemy od nowa. Karuzela kręci się w najlepsze, a bilet na nią kupujemy z własnego VAT-u.
Bo prawda jest taka, że w tym wszystkim najmniej podmiotowości ma kierowca. Przez kwartał był chodzącym dowodem na to, jaki rząd jest troskliwy. Teraz jest dowodem na to, jacy chciwi są operatorzy stacji. A za chwilę być może znów stanie się beneficjentem kolejnego pakietu. Jedyne, co się nie zmienia, to że przy każdej wersji tej opowieści to on dostaje rachunek – i to niezależnie od tego, jakie cyferki pokazuje mu akurat pylon.
Regulacje czy brak regulacji – tak czy siak zapłacimy za to my.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.