Takie ogłoszenie zniechęca do zakupu. A to naprawdę ciekawy wóz
Polski rynek klasyków to bardzo ciekawe uniwersum. Auta często wycenia się jak obrazy Rembrandta, gdzie jedynym argumentem jest to, że są stare, ewentualnie jeszcze rzadkie. Tak, jak to Renault 5.

Zmierzam do tego, że sam wiek i niewielka podaż nie czynią z danego egzemplarza wartego miliony dzieła sztuki. Dobrze, aby wóz był kompletny, oryginalny i sprawny, a sprzedający wysilił się i napisał o nim w ogłoszeniu więcej niż trzy linijki tekstu połączonego z absurdalnie wysoką ceną. Uzupełnieniem są zdjęcia odpowiednie dla auta sprzedawanego za 1500 zł.
A szkoda, bo to rzadki model Renault 5 Cabrio
Samochodów takich powstało zaledwie około 1400 sztuk, a produkowane były nie we Francji, a w Belgii, przez tamtejszą firmę EBS. Zakład ten specjalizował się w obcinaniu dachów z hatchbacków, a jednym z ich bardziej znanych dzieł jest Łada Cabrio (znany też jako Natacha), czyli model Samara pozbawiony zadaszenia.
"Piątkę" w tej wersji produkowano od 1987 do 1996 roku. Chociaż projekt powstał we współpracy i pod patronatem Renault, to po turbulencjach organizacyjnych i finansowych francuski koncern wycofał się ze współpracy, tak że firma EBS została z kabrioletem na bazie R5 jak Jan Himilsbach z angielskim - stąd tak mała liczba wyprodukowanych egzemplarzy, powstających bez wsparcia Renault.
O sprzedawanym egzemplarzu nie wiadomo kompletnie nic
Ani tego, z jakiego pochodzi rocznika, ani jaki ma silnik, ani w zasadzie nic, co mogłoby interesować potencjalnego kupującego. Bardziej szczegółowe informacje są o tyle istotne, że Renault 5 Cabrio produkowano przez prawie dekadę, a bazą do przeróbki były wszystkie możliwe wersje, z GT Turbo włącznie.

Chociaż coś tam właściwie wiadomo: że samochód jest do poskładania, a do tego brakuje do niego niektórych części. Chociaż to pierwsze to raczej można wywnioskować ze zdjęć niż ze słownego opisu.
Czy jest coś, co uzasadnia cenę 80 tysięcy zł?
Porównując z rynkiem tych samochodów za granicą, nie za bardzo. Owszem, jest to pojazd rzadki i na swój sposób poszukiwany, ale to nie sprawia samo w sobie, że jest wart tyle pieniędzy. Egzemplarze np. we Francji nie dość, że są w przeliczeniu na złotówki tańsze, to również w lepszej kondycji. Przede wszystkim, są kompletne i gotowe do jazdy, a nie w formie puzzli do poskładania.

Wystawiając klasyka za takie pieniądze, wypadałoby też potraktować potencjalnego klienta z większym szacunkiem. Tymczasem treść ogłoszenia napisana jest w stylu "nie ma czasu na wyjaśnienia" - tylko dla prawdziwego pasjonata, dajesz pieniądze albo nie marnujmy swojego czasu, blablabla. Pomijam już zdjęcia zrobione tak, jakby ktoś sprzedawał Renault Clio z 2001 roku za 1500 zł.
Tego typu ogłoszenia to brak szacunku dla kupującego
Auta tego typu nie są moim celem życiowym, ale obracam się w środowisku różnych ludzi, a zatem korespondencyjnie z takimi samochodami również mam styczność. Ludzie takie samochody kupują, używają, a później sprzedają - jeżeli osoba nastawiona jest na zysk, egzemplarz jest odpowiednio sfotografowany i opisany, aby zachęcić kupującego do transakcji.
To ogłoszenie, jakkolwiek ciekawy nie byłby sprzedawany pojazd, po prostu odpycha. Można je zatem dopisać do listy zatytułowanej "jak nie pisać ogłoszeń sprzedaży samochodu".
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.