Rząd sięga po tysiące kamer. Za sekundę pośpiechu stracisz uprawnienia
Rząd chce zabierać prawo jazdy na trzy miesiące za wjazd na przejazd kolejowy przed całkowitym podniesieniem rogatek. Wykorzysta do tego prawie 3 tysiące kamer monitoringu przy torach.

Projekt nowelizacji Prawa o ruchu drogowym wrócił w środę do Sejmu i poparły go wszystkie liczące się kluby. Przewiduje obligatoryjne zatrzymanie prawa jazdy na trzy miesiące za cztery wykroczenia na przejazdach: objeżdżanie opuszczonych zapór, wjazd w trakcie ich opuszczania albo przed całkowitym podniesieniem, przejechanie na czerwonym świetle oraz wjazd na tory bez możliwości zjechania po drugiej stronie.
Wiceminister Stanisław Bukowiec zapowiedział przy tym, że do automatycznego karania zostaną wykorzystane kamery PKP PLK. Dziś przejazdów pilnuje 10 zestawów RedLight. Kamer kolejowego monitoringu jest ponad 2,8 tysiąca.
Spadek zamiast wzrostów
Z tą zapowiedzią jest jeden zasadniczy kłopot: arytmetyka. Bukowiec podał w Sejmie liczby naruszeń wykrytych przez RedLight: 12 tysięcy w 2024 roku, 7,4 tysięcy w 2025 roku i 4,5 tysięcy do września tego roku. W 2024 i 2025 roku działało pięć zestawów, a spadek wyniósł 38,3 proc. Przy tej samej liczbie urządzeń. Kamery już przynoszą efekty, i to bez odbierania komukolwiek uprawnień.
Zapowiedź jest zresztą recyklingiem. Identyczny przepis o trzymiesięcznym zatrzymaniu prawa jazdy za wjazd na przejazd Ministerstwo Infrastruktury miało gotowy już w 2025 roku w projekcie UC76, a potem samo go usunęło i do uchwalonej ustawy ten paragraf nie wszedł. Teraz wraca po serii wypadków i roztacza charakterystyczną woń populizmu.
Jak pilnować, to wszystkich
Tyle o jednej stronie szlabanu. Teraz o drugiej, bo mam tam własny rachunek do wyrównania. Otóż nie tak dawno stałem na przejeździe w kolejce 28 minut. Nie dlatego, że pociągi ciągnęły się sznurem jeden za drugim, bo przerwy były wyraźne. Dróżnikowi zwyczajnie nie chciało się podnieść rogatki dla kilku samochodów, skoro za kilka minut trzeba będzie opuścić ją z powrotem.

Nie jest to zresztą pojedynczy przypadek. Ten po prostu zapamiętałem razem z konkretną liczbą. Niemniej wielokrotnie zdarza się, że pociąg przejedzie, a szlabany ani drgną. I tak czeka się, żeby przejechał kolejny. A czasem jeszcze kolejny.
Tyle tylko, że – wbrew obiegowej opinii – to nie jest widzimisię człowieka w budce. A przynajmniej nie powinno być. Wewnętrzne przepisy PKP PLK mówią wprost: po przejeździe pociągu dróżnik, upewniwszy się, że po żadnym torze nie jest spodziewany kolejny w czasie z ustępu pierwszego (czyli w ciągu dwóch minut) lub drugiego (jednej minuty), powinien otworzyć rogatki. Powinien.
Jeszcze twardszy limit stoi w dzienniku urzędowym. Rozporządzenie o ogólnych warunkach prowadzenia ruchu kolejowego nakazuje, by przy dłuższym manewrowaniu przez przejazd cyklicznie przepuszczać pojazdy drogowe, przerywając manewry co najwyżej po 10 minutach. Dwadzieścia osiem minut to prawie trzy takie odstępy.
A przecież w tej samej kolejne stoją ludzie, którzy po prostu wracają z pracy albo jadą na zakupy, ale też ci, którzy mają przeróżne powody, żeby sprawnie dotrzeć do celu, a nie kwitnąć przed biało-czerwonym szlabanem, bo komuś nie chce się dwa razy nacisnąć guzika.
Ktoś już te luki próbował załatać. W kwietniu 2025 roku obywatel złożył petycję o zakazanie zamykania rogatek bez podstawy i o dopisanie do przepisów maksymalnego czasu zamknięcia. Ministerstwo odmówiło, wyjaśniając, że przepis o 120 sekundach określa czas minimalny, a nie maksymalny. Górnej granicy dla przejazdu obsługiwanego przez człowieka w prawie po prostu nie ma. A może powinien tam trafić razem z proponowanymi zmianami dla kierowców?
PKP PLK zapewnia, że na sygnały o nieuzasadnionym wydłużaniu czasu zamknięcia reaguje każdorazowo.
Cierpliwość nie jest nieskończona
Dróżnik, który trzyma szlaban zamknięty przez 28 minut, działa wbrew własnej instrukcji i łamie rozporządzenie, a jedyną przewidzianą konsekwencją jest to, że pracodawca „zareaguje”. Nie wiadomo jak.
Natomiast kierowca, który po tych 28 minutach ruszy dwie sekundy przed zgaśnięciem czerwonego migającego światła, popełnia drugie z czterech wykroczeń z nowego katalogu. 2000 zł, 15 punktów, a od teraz jeszcze trzy miesiące bez prawa jazdy.

Dla formalności: to nie jest usprawiedliwienie i nie chcę, by tak zostało odczytane. Maszynista nie odbije kierownicą, pociąg nie stanie w miejscu, a wjazd na tory przed pełnym podniesieniem rogatki jest głupotą niezależnie od tego, ile się przed nią stało. Ale po półgodzinie bezcelowego czekania ludzka cierpliwość może się wyczerpać.
Ruszenie o sekundę czy dwie za wcześnie – kiedy szlaban jest już w górze, ale nie stanął jeszcze na baczność – to nie jest ten sam kaliber. W odniesieniu do pozostałych przewinień zgadzam się w całej rozciągłości. Jeśli zaś chodzi o część „przed całkowitym podniesieniem rogatek”, mam wrażenie, że państwo projektuje sankcję na skutek, wygodnie ignorując przyczynę.
Egzekwowanie przepisów po jednej stronie szlabanu nazywa się poprawą bezpieczeństwa tylko w komunikacie prasowym. Kierowca po pół godziny stania przed zamkniętym szlabanem nazywa to inaczej.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.