Chiny wprowadzają przycisk ognia. Samochody elektryczne mają się nie palić
Chiny stwierdziły, że elektryk nie ma prawa się zapalić – i wpisały to do przepisów. Od 1 lipca 2026 roku auto dostaje fizyczny przycisk odcinający prąd jednym ruchem. Brzmi absurdalnie, ale działa.

Boisz się, że twój elektryk wybuchnie na parkingu pod Biedronką? Słyszałeś, że elektryki się palą, że niebezpieczne, że jeżdżące bomby z opóźnionym – nomen onen – zapłonem? Wszyscy to słyszeliśmy. Tyle że statystycznie dużo groźniejszy jest trzydziestoletni diesel sąsiada. Dane wskazują to jednoznacznie, ale strach ma to do siebie, że rzadko liczy się z danymi.
Chiny postanowiły ten strach po prostu zlikwidować ustawą. I tak od 1 lipca 2026 roku wchodzą dwie nowe, obowiązkowe normy: jedna dla samochodów, druga dla baterii. Producent, który się nie dostosuje, nie sprzeda nic.
Zakaz ognia
Najbardziej rozczula mnie przycisk wyłączający pożar. Do tej pory odcięcie wysokiego napięcia w aucie elektrycznym wiązało się z koniecznością namierzenia tzw. first responder loop (oznaczonej w karcie ratowniczej pojazdu), czyli wiązki dla służb ratunkowych w postaci przewodu, który odetnie zasilanie od wszystkich podzespołów. W obliczu potencjalnie buchających płomieni to musiała być ostatnia rzecz, którą chciałby robić strażak na miejscu zdarzenia.
Nowa norma każe instalować odcięcie fizyczne: jeden guzik w zasięgu kierowcy, jeden ruch. W końcu ktoś zrozumiał, że w sytuacji awaryjnej człowiek chce móc szybko nacisnąć jeden przycisk, żeby nie zaczęło mu się palić pod czterema literami – i to dosłownie.
Ale guzik to tylko przystawka. Główne danie to bateria. Stara norma z 2020 roku mówiła: jak już ma się palić, to musicie zapewnić ludziom pięć minut na ewakuację. Ktoś gdzieś kiedyś wyliczył, że tyle zajmuje wysiadka rodziny z trójką dzieci, psem i fotelikiem. Autorzy nowej normy najwyraźniej uznali, że to nie wystarczy.

Konkretnie: jeśli w jednym ogniwie dojdzie do niekontrolowanego wzrostu temperatury, cała bateria ma przez dwie godziny nie zająć się ogniem ani nie wybuchnąć, a temperatura w punktach pomiarowych nie może przekroczyć 60 stopni. Dwie godziny zamiast pięciu minut to nie poprawka, tylko skok o rząd wielkości. Dym przy okazji nie ma prawa zaszkodzić pasażerom, co brzmi jak oczywista oczywistość, dopóki nie przypomnisz sobie, czym oddycha płonący akumulator litowo-jonowy.
Do tego dochodzi nowy test uderzenia w spód auta – bo tam siedzi bateria i to ona zbiera każdy kamień, krawężnik i kawałek żelastwa zgubiony przez drogowców. W praktyce stalowa kula 30 mm wali w pakiet z energią 150 dżuli, a auto ma pozostać niewzruszone. A na deser kontrola bezpieczeństwa po 300 cyklach szybkiego ładowania – czyli odwzorowaniu tego, jak normalny użytkownik latami katuje baterię superładowarkami, bo nikt dziś nie ma cierpliwości, a czas to pieniądz.
Ludzie gadają, trzeba działać
Wbrew pozorom to nie jest historia o Chinach, tylko o tym, jak bardzo motoryzacja boi się własnego PR-u. Bo dane są nudne i jednoznaczne: elektryki palą się rzadziej niż auta spalinowe. W Norwegii, kraju, gdzie EV to niemal jedna trzecia floty, w pierwszej połowie 2025 roku na 1000 aut przypadło 0,034 pożaru elektryka i 0,195 pożaru spalinówki. Po ludzku: samochody spalinowe płonęły tam prawie sześć razy częściej.
Australijski projekt EV FireSafe podaje 0,0012 proc. szans na pożar baterii w elektryku wobec 0,1 proc. dla spalinówki. Mimo to w głowach ludzi elektryk to tykająca bomba, a stary diesel – wierny przyjaciel rodziny. Tak działa percepcja: jedno nagranie płonącej Tesli robi w internecie więcej szkody niż tysiąc spalonych golfów czy BMW, których nikt nie nagrał.

Oczywiście jest też druga strona medalu, bo rzadziej nie znaczy mniej groźnie. Kiedy elektryk już się zapali, sytuacja robi się dużo gorsza. Pożar baterii znacznie trudniej ugasić, potrafi się reaktywować, a służby zamiast lać wodę czy sypać proszek przez kwadrans, chłodzą moduły godzinami i odcinają im dostęp do tlenu. Dlatego Chiny w ogóle ruszyły z tymi przepisami – małe prawdopodobieństwo, duże konsekwencje.
Będzie drożej
Branża oczywiście lamentuje, że to podniesie koszty. I pewnie podniesie – nowe testy, nowe homologacje, mniejsi dostawcy baterii mogą tego nie przeżyć. Ale przy okazji norma robi porządek z wojną cenową, w której chińscy producenci od lat podgryzają się nawzajem tanim, byle jakim ogniwem. Najwięksi – CATL czy BYD – już przepisy spełniają. Reszta ma czas do lipca, żeby przestać udawać.
I to jest cała gorzka puenta. Europa pisze eleganckie strategie o gospodarce obiegu zamkniętego, USA majstruje przy swoich normach od lat, a Chiny po prostu zakazały elektrykom palenia się. Bez okrągłych słów, bez serii konferencji, z jednym fizycznym guzikiem dla kierowcy i jednym twardym zdaniem dla producenta.
Czasem zazdroszczę krajom, w których „ma być bezpiecznie” to nie jest temat na trzy kadencje, tylko kilka akapitów w dzienniku ustaw.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.