20 000 podpisów kontra przerobiony wydech. Przegrywają
Aktywiści wywalczyli, że ich petycja o fotoradary akustyczne trafi do sejmowej Komisji Infrastruktury. Wygląda na przełom, dopóki nie sprawdzimy, jak ten sprzęt radzi sobie tam, gdzie już wisi na słupach.

Mieszkam nieopodal centrum handlowego z dużym parkingiem, przy ulicy, która co najmniej raz-dwa w tygodniu zmienia się w Kanjo Loop w wersji nadwiślańskiej. Mogę ustawiać według tego zegarek – o 22:00 w czwartek i piątek wszystkie osiedla w okolicy trzęsą się w posadach. Nie widzę tego, ale słyszę doskonale. Bo jak ten hałas raz wpadnie między bloki, to zdaje się odbijać od nich w nieskończoność.
Dlatego kiedy przeczytałem, że petycja stowarzyszenia Miasto Jest Nasze w sprawie fotoradarów akustycznych nie została odrzucona i trafia dalej, do Komisji Infrastruktury, poczułem coś na kształt nadziei. Podpisało się pod nią 20 tysięcy osób. Posłowie z komisji do spraw petycji byli jednomyślni – i to mimo że sejmowi eksperci odradzali cały pomysł.
Jak to działa tam, gdzie już działa?
Fotoradar akustyczny to w teorii sprzęt marzeń. Zestaw mikrofonów kierunkowych plus kamera z czytnikiem tablic. Przekraczasz ustaloną normę decybeli, urządzenie robi zdjęcie, odczytuje rejestrację, a mandat ląduje w skrzynce. Bez policjanta, bez łapania delikwenta na gorącym uczynku. Francuzi ochrzcili ten sprzęt „meduzą”, bo faktycznie wygląda jak coś, co wypłynęło z głębin oceanu.
Tyle że ta meduza od kilku lat głównie groźnie wygląda.
Francja testuje te radary od 2022 roku w kilku miejscach, takich jak Paryż, Nicea czy Tuluza. Rząd wydał dekret ustalający próg 85 decybeli na drogach z ograniczeniem do pięćdziesiątki. Za przekroczenie ma grozić mandat 135 euro, obniżony do 90, jeśli zapłacisz w dwa tygodnie.

Wszystko pięknie, tylko przez cały ten czas urządzenia działały „pedagogicznie”: zamiast mandatu kierowca dostawał komunikat na tablicy, że jest za głośno. Do połowy 2026 roku główny model wciąż czekał na homologację w krajowym laboratorium metrologicznym. Innymi słowy, pięć lat testów, a realny mandat z „meduzy” to nadal bardziej zapowiedź niż fakt.
Warto też spojrzeć na skalę tego zjawiska. W jednym z francuskich testów na jakieś 15 tysięcy pojazdów mijających czujnik każdego dnia system wyłapywał zaledwie piętnaście. 0,1 procenta. Reszta jeździła w granicach normy. Antybohaterami tej opowieści nie są więc wszyscy kierowcy w swojej masie, tylko wąska grupa ludzi z przerobionym wydechem, którzy uznali, że ich potrzeba bycia usłyszanym jest ważniejsza niż Wasz sen.
Miejsce, gdzie system naprawdę działa i naprawdę wystawia mandaty, jest za oceanem. Nowy Jork uruchomił program kamer hałasowych i, w przeciwieństwie do Francuzów, faktycznie karze. Według rocznego raportu tamtejszego departamentu ochrony środowiska w 2025 roku dwanaście kamer wystawiło 1691 mandatów.
Kary nałożone sięgnęły blisko 1,5 miliona dolarów. Tyle że zapłacono z tego około 308 tysięcy – resztę delikwenci olali, bo większość ukaranych po prostu się nie stawiła. Brzmi niepokojąco znajomo.
W Polsce hałas to norma
Wróćmy do Polski, gdzie mamy problem odwrotny do francuskiego.
Nasze prawo w ogóle nie przewiduje montażu takich urządzeń – brakuje przepisów metrologicznych, które określałyby, jak taki radar ma mierzyć i jak dokumentować wykroczenie. Ministerstwo Infrastruktury zapytane o to przez posła odpowiedziało z rozbrajającą szczerością: sprzętu na rynku jak na lekarstwo, doświadczenia innych krajów skromne, więc prac legislacyjnych nie prowadzimy i nie planujemy. Temat na kiedyś.

A egzekwowanie norm w wersji analogowej wygląda u nas rozczulająco. Rok temu policja zrobiła akcję pod wdzięczną nazwą „Cichy Sopot”. Skontrolowano 72 pojazdy, wystawiono 35 mandatów i zatrzymano trzy dowody rejestracyjne. Jednorazowy zryw, jedno miasto, jedno popołudnie. Tak wygląda cała nasza „technologia” walki z hałasem – policjant, sonometr i nadzieja, że akurat trafi się na tego głośnego.
Przypomnijmy jeszcze, że polskie normy wcale nie są drakońskie. Motocykl do 125 centymetrów sześciennych może legalnie hałasować do 94 decybeli, większy – do 96. Mandat za przekroczenie to raptem 300 złotych plus ewentualnie zatrzymany dowód. Dla kogoś, kto wydał kilka tysięcy na wydech mający brzmieć jak rój rozsierdzonych afrykańskich szerszeni albo radziecka artyleria z czasów drugiej wojny, to koszt wkalkulowany w hobby.
Co z tego wyjdzie?
Mamy zatem 20 tysięcy podpisów, jednomyślnych posłów i społeczne poczucie, że coś trzeba z tym zrobić. Po drugiej stronie: brak przepisów, brak sprzętu i brak sprawdzonego wzorca za granicą, który dałoby się skopiować bez wieloletnich testów.
Petycja poszła dalej i dobrze. Ale między „komisja się tym zajmie” a „mandat wpada głośnemu delikwentowi do skrzynki” jest przepaść, którą Francja próbuje pokonać od pięciu lat i nadal tkwi zawieszona gdzieś w połowie.
Na razie więc bilans wieczornych spotkań wygląda stabilnie: głośne wydechy 20, mandaty 0. I dopóki zamiast panów w białych czapkach będziemy liczyć na obrady komisji, ta punktacja się raczej prędko nie zmieni.
No ale dobra, od czegoś trzeba zacząć.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.