Pan od Corvetty zabiera głos. Znamy winowajcę: nawigacja
Hawryliw wjechał Corvettą pod schronisko nad Morskim Okiem, fotka zrobiła się sama, opis się sam napisał, a teraz tłumaczy, że auto też samo tak zajechało, bo nawigacja tam prowadziła. Otwieram Mapy Google i widzę, że ktoś tu robi nas w konia.

Przez zupełny przypadek pan Ukrainiec wjechał mi do feedu – ten od piątkowej Corvetty pod Morskim Okiem. Tym razem nie z Tatr, tylko z balkonu Opery Lwowskiej. Przeprosił. Z karą i tak się nie zgadza, ale przeprosił. Wytłumaczył się, złożył kilka zdań, przetłumaczył na polski, skleił jedno klikalne wideo – plan minimum wykonany.
Tekst niczym od prawnika: „Przepraszam, jeśli uraziłem czyjeś uczucia”. Tryb warunkowy ratuje życie – gdyby się okazało, że nikt nie był urażony, to już nie przepraszam. Plus dygresja, że nikomu krzywdy nie zrobił, niczego nie zniszczył, niczego nie ukradł. Czyli o co cały szum, prawda?
Najsmaczniejsza jest część techniczna. Hawryliw zaklina się, że „wyjeżdżając z Krakowa, wyznaczył trasę do Morskiego Oka i jechał według nawigacji, która doprowadziła go na miejsce”. Szlaban przy wjeździe do rezerwatu wprawdzie był, ale akurat podniesiony z powodu remontu drogi. Znak zakazu ruchu też się znalazł, ale go przeoczył. Łańcuszek pechowych zbiegów okoliczności jak z taniego serialu.
Otwieram Mapy Google
Zabawa trwa minutę. Wpisuję „Morskie Oko” w Google Maps, klikam ikonkę samochodu, czekam. Aplikacja zwraca: Nie udało się przygotować wskazówek dojazdu samochodem z: „Kraków” do: „Morskie Oko”. Po prostu nie da się tam dojechać. Pinpoint na mapie jest, ale dla auta to ślepa uliczka. Dla pieszego trasa wyznacza się bez problemu, dla rowerzysty też. Dla samochodu? Nie no, bez wariactw – przejdź się jak normalny człowiek.

Czyli co? Hawryliw albo używał jakiejś egzotycznej apki, dla której Polska jest białą plamą na mapie i która nie ogarnia, że TPN to nie autostrada. Albo świadomie wcisnął tryb pieszego i ignorował, że nawigacja każe mu iść na piechotę. Albo – opcja najmniej karkołomna – kręci. Trzy ścieżki, jedna realna. Postawmy na realną.
Wersja z nawigacją w ogóle się rozsypuje, jak otworzymy pierwszy post Hawryliwa. Tam chwalił się, że razem z partnerką „są pierwszymi ludźmi w historii, którzy dojechali samochodem do Morskiego Oka”. Dodał, że „wszyscy znajomi mówili, że do Morskiego Oka nie da się dojechać autem”. Czyli wiedział. A potem nagle nie wiedział, bo apka. No co za pech...
100 zł – taniej niż bryczka
To nie koniec. Po złamaniu zakazu z art. 127 ustawy o ochronie przyrody, za który grozi areszt albo grzywna do 5000 zł, policji powiedział, że tylko zawrócił zaraz za szlabanem. Funkcjonariusze uwierzyli, bo Corvetta to przecież nie samochód do takich akcji. Dostał 100 zł i 8 punktów karnych. Tymczasem przejazd bryczką z Palenicy nad Morskie Oko i z powrotem kosztuje 170 zł. Influencer wyszedł 70 zł taniej niż przeciętny turysta – i jeszcze ma fotkę pod schroniskiem. Ale przecież nie o „taniej” tu chodzi – tak się robi content, panie i panowie.
Później pojawiły się zdjęcia. A kiedy okazało się, że pokonał ponad 8 km objętych zakazem, rządzący odpalili tryb „Państwo-Pokazuje-Pazury”. Premier Tusk apeluje o „wyciągnięcie surowych konsekwencji”, szef MSWiA Marcin Kierwiński wpisuje go na listę osób niepożądanych z 5-letnim zakazem wjazdu do strefy Schengen, dyrekcja TPN szykuje własną grzywnę do 1000 zł. Wcześniej pisaliśmy, że skuteczność polskich służb rośnie skokowo, jak okazuje się, kto jest sprawcą. Tu mamy dowód w czystej postaci.
„Bezpodstawny zakaz”
Sam Hawryliw uznaje pięcioletni ban za bezpodstawny, bo „wjazd do strefy objętej zakazem bez popełnienia przestępstwa sam w sobie nie stanowi podstawy”. Brzmi to nieco bardziej walecznie niż „przepraszam, jeśli uraziłem”. Tak czy inaczej, w porównaniu z Crawlym, który za demolowanie aut gaśnicą i kostką brukową w Warszawie dostał 10 lat zakazu, nasz bohater z Corvetty wciąż wychodzi grzecznie.
Spróbujcie sami. Otwórzcie Mapy Google, wpiszcie „Morskie Oko”, kliknijcie ikonkę auta i „Wyznacz trasę”. Gdyby Hawryliw zrobił to przed wyjazdem z Krakowa, zaoszczędziłby sobie pięć lat zakazu wjazdu, kilku minut przeprosin z dziedzińca Opery Lwowskiej, wizyty u prawnika i tytułu „sprawcy rajdu” według ministra. Ale wtedy nie byłoby fotki znad jeziora. A bez fotki – po co w ogóle jechać.
Bez fotki – po co w ogóle żyć?



















