Sprawdzają skuteczność OPP. Ale się nie dowiesz
Zastanawialiście się, czy ktoś sprawdza, ile te wszystkie żółte kamery faktycznie dają? Jeden z posłów też, więc wysłał interpelację poselską. Ministerstwo najpierw odpowiedziało, że oczywiście, porównuje. A gdy padło „to pokażcie liczby”, nagle okazało się, że nikt niczego nie liczy.

Odcinkowe pomiary prędkości to dziś na polskich drogach coś jak grzyby po deszczu – tyle że po deszczu pieniędzy z KPO. Przy kolejnej ekspresówce co chwilę wyrasta kolejna kamera, kierowca zwalnia do wyznaczonej prędkości, a średnią liczy mu komputer w CANARD. Wszyscy wiedzą, po co to stoi. Gorzej z pytaniem, czy komukolwiek to pomaga.
Bo z liczbami jest tak, że łatwo się na nie powoływać, gdy chce się coś sprzedać, ale gdy trzeba się z czegoś rozliczyć, to nagle ich brakuje. Poseł Grzegorz Macko postanowił to sprawdzić i w maju wysłał do ministra infrastruktury interpelację z czterema grzecznymi pytaniami: czy sieć OPP się rozrasta, gdzie, według jakich kryteriów i – co najważniejsze – czy ktoś prowadzi analizy porównawcze skuteczności już działających instalacji.
Resort odpowiedział ustami wiceministra Stanisława Bukowca. Siatka się rozrasta zgodnie z umową na 43 urządzenia, ostatnie 19 lokalizacji miało ruszyć do końca czerwca. Kryteria są, współpraca z Instytutem Transportu Samochodowego, Politechniką Gdańską i policją też jest. Wszystko pięknie.
I co tam widać w tych liczbach?
A skuteczność? Tu padło zdanie, które z perspektywy czasu zdaje się być obowiązkową formułką: GITD „okresowo porównuje ilość zdarzeń na odcinkach dróg objętych nadzorem, przed i po zainstalowaniu urządzenia”. Brzmi profesjonalnie, jak na inspektorat przystało. Ktoś liczy, zanim postawi, i liczy po tym, jak postawi. Dokładnie tak, jak powinno być.
Niestety dla ministerstwa, poseł postanowił drążyć. Skoro dane są porównywane, to poprosimy o przedstawienie wyników. W ponownej interpelacji zapytał konkretnie: kiedy uruchomiono każdy odcinek i ile było wypadków, kolizji, zabitych i rannych rok przed montażem oraz po. Zaznaczył, że oczekuje danych, a nie samej informacji, że analizy są prowadzone.
Klasyczne „sprawdzam”.
I tu ministerstwo zaczęło się jąkać.
W lipcowej odpowiedzi ten sam resort tłumaczy już coś zupełnie innego. Otóż GITD nie ma szczegółowych danych o wypadkach na odcinkach z OPP. Kamery, którymi zarządza CANARD, „służą wyłącznie do automatycznego ujawniania i rejestrowania wykroczeń”, a dane o naruszeniach „nie są przetwarzane w celach statystycznych związanych z ogólnym bezpieczeństwem ruchu drogowego”.

Według ministerstwa od statystyk jest policja i jej System Ewidencji Wypadków i Kolizji, a od oceny skuteczności – Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Krótko: nie u nas, nie nasze, proszę nie dopytywać.
To który jest synem kogo?
Zestawmy te dwa zdania spokojnie. W maju padło: porównujemy przed i po. Lipiec: nie przetwarzamy tego w celach statystycznych i w ogóle nie mamy do tego kompetencji. Gdybyśmy mieli wakaty w reprezentacji Polski w jeździe figurowej na lodzie, to wiceminister Bukowiec piruety ma już opanowane do perfekcji.
Resort dorzucił jeszcze jeden argument, i akurat ten jest uczciwy. Większość systemów OPP na autostradach i ekspresówkach ruszyła dopiero w 2026 roku. Dołączona do pisma tabela ze 114 lokalizacjami i datami odbioru pokazuje jasno – połowa instalacji to tegoroczne świeżynki. Trudno rzetelnie porównać „przed” i „po”, gdy „po” trwa od kilku tygodni. To akurat zrozumiałe. Tylko skoro tak, to w maju nie należało pisać, że się porównuje.
Bo w praktyce wychodzi kolejność, której żaden urzędnik nie napisze wprost: najpierw stawiamy, potem uruchamiamy, a analiza skuteczności jest gdzieś w tle, prowadzona przez kogoś innego, i nawet jej nie widzieliśmy. Kamera łapie wykroczenie od pierwszej sekundy – w 2021 roku jeden zestaw na A1 wystawił w pierwszej dobie ponad tysiąc mandatów. Ale pytanie, czy w tym miejscu przestali ginąć ludzie, zostaje bez adresata.
Polska w pigułce
Nie twierdzę, że OPP nie działa. Sam jeżdżę po takich odcinkach i widzę, że ludzie realnie zwalniają. Bywa, że jeden pomiar potrafi ucywilizować całą wieś. Rzecz w tym, że „widzę” to nie to samo co „wiem”, a od państwa wydającego (i koszącego) dziesiątki milionów można oczekiwać, że będzie wiedzieć.

Zwłaszcza że ten sam system potrafi się mylić w drugą stronę. Na A6 pod Szczecinem kamery zawyżały prędkość i sypały mandatami nawet dla tych jadących przepisowo, aż dostawca musiał publicznie przepraszać. Na S2 w Warszawie bramownice ustawiono tak, że dwa duże węzły w ogóle wypadły z pomiaru.
Skoro więc urządzenia bywają omylne, tym bardziej chciałoby się zobaczyć twarde liczby, że mimo wszystko ratują życie. A tych liczb – jak się okazuje – po prostu nikt po stronie GITD nie zbiera.
Zostaje obraz, który mówi o naszym państwie więcej niż niejeden raport. Potrafimy postawić sto kilkanaście bramek, doprowadzić do każdej prąd, włączyć pobór i obwieścić to na Facebooku. Nie potrafimy tylko odpowiedzieć na najprostsze pytanie posła: i co, pomogło?
Dwie interpelacje wystarczyły, żeby „porównujemy” zamieniło się w „to nie nasza działka”. Kamera liczy każdego z nas z dokładnością co do kilometra na godzinę. Efektów liczyć nie zamierza.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.