REKLAMA

Objechałem bramki na A2. Kosztowało mnie to wiele

W nawigacji mam na stałe włączoną opcję „unikaj opłat”. Tym razem mój chytry plan dał mi za to kilka klapsów. Chciałem przede wszystkim oszczędzić kostkowe opony w motocyklu i uniknąć nieprzyjemnej jazdy autostradą. Przy okazji miało być taniej. Nie przewidziałem tylko, że za ten bonus zapłacę paliwem, czasem i sporą porcją nerwów.

Objechałem bramki na A2. Kosztowało mnie to wiele

300 na autostradzie

Zacznijmy od tego, że z autostradami znajomość mam czysto formalną. Na moich trzysetce i pięćsetce dłuższy odcinek z prędkością autostradową to nie podróż, tylko pokuta. Wibracje, wiatr spychający z pasa, silnik proszący o litość. Do tego jeżdżę na oponach kostkowych, które na asfalcie znikają w oczach, a przy prędkościach powyżej 120 km/h motocykl robi się nerwowy jak kot niesiony do wanny.

Dlatego od dawna miałem w nawigacji włączoną opcję „unikaj opłat”. Zwykle mam też „unikaj autostrad”, ale że kręciłem się urlopowo po okolicach, to czasem odcinek od zjazdu do zjazdu pozwala ściąć jakieś większe kolano. Więc unikanie litery A wyłączyłem, ale opłaty zostawiłem poza obszarem zainteresowania. Nie dlatego, żeby liczyć każdą złotówkę. Po prostu nie chciałem, żeby telefon regularnie próbował wysyłać mnie na trasy, na których mój motocykl płacze, a ja razem z nim.

Autostrada na trzysetce nie jest szczególnie przyjemnym miejscem. Można nią jechać, oczywiście. Tak samo można przez dwie godziny siedzieć na drewnianym taborecie i uparcie twierdzić, że przecież technicznie jest to mebel.

Byle do domu

Wracałem już z urlopu. Byłem zmarznięty, zmęczony i miałem pod kaskiem jedną myśl: dojechać w jednym kawałku. Po zmroku chłód wchodzi pod kurtkę i już z niej nie wychodzi. Mówi się, że na motocyklu bez owiewek temperatura odczuwalna jest mniej więcej 10 stopni niższa od tej rzeczywistej. A ja na dodatek jestem z tych ciepłolubnych.

Dlatego kiedy nawigacja poprowadziła mnie bokiem, przy okazji robiąc zgrabne kolanko wokół bramek na A2, uznałem to za całkiem rozsądne rozwiązanie. Oszczędzę opony, nie będę tłukł się autostradą, a na dodatek nie zapłacę za przejazd. Same plusy.

Przez pierwsze kilometry byłem z siebie całkiem zadowolony. Motocykl na koncesyjnym odcinku między Nowym Tomyślem a Koninem płaci 21 zł za każdy z trzech segmentów. Nie planowałem specjalnie omijać tych opłat. Skoro jednak nawigacja i tak prowadziła mnie objazdem, uznałem, że kilkadziesiąt złotych zostanie w kieszeni. Nie wiedziałem jeszcze, że właśnie uruchamiam efekt motyla.

Było dobrze, przez kilkanaście kilometrów

Gdy zaparkowałem na Macu we Wrześni i zsiadłem z motocykla, obok mnie z pełnoletniego już Golfa IV wyłoniło się trzech lokalsów, z których jeden miał na czapce napis głoszący z dumą, że to „miasto złą sławą owiane”. Trudno o cieplejsze powitanie dla przemarzniętego przyjezdnego. Kiedy wychodziłem z tacą w jednej i kaskiem w drugiej ręce, pospieszył w moim kierunku. Już się przestraszyłem, że chce we mnie „wjechać na pełnej”, więc przytrzymanie drzwi było naprawdę pozytywną niespodzianką.

Tak czy owak, nie zamierzałem dalej kusić losu. Zagrzałem dłonie o kubek, zbierając przy tym spojrzenia miejscowych, wciągnąłem ostatnią frytkę i ruszyłem dalej.

Przejechałem dosłownie kilka kilometrów i nagle zrobiło się ciemno. Naprawdę ciemno.

Szybko okazało się, że ciemność w tej części Wielkopolski jest pełnoprawnym uczestnikiem ruchu. Całe kilometry bez choćby jednej latarni. A na jezdni to, co zostawiły po sobie ciągniki wywożące nawierzchnię pól na asfalt. Specjalnie przezorny nie jestem, ale na tzw. „ostatniej prostej” nie była mi potrzebna gleba na zakręcie udekorowanym przez bieżnik jakiegoś Ursusa.

Jechałem więc wolno, bo nawierzchnia słaba, a ciemno tak, że reflektor w moim motocyklu zdawał się oświetlać mniej więcej tyle, ile latarka w telefonie. Każda plama błota na zakręcie kazała zwalniać do prędkości rowerowej.

I – jak się szybko okazało – bardzo dobrze, bo później pojawiły się sarny. Dwa razy w krótkim odstępie przed kołem przemknęła mi jedna z drugą. W światłach motocykla zobaczyłem głównie ich białe kuperki. Za każdym razem o kilka metrów za blisko. Kierowca auta w takiej chwili zaklnie i jedzie dalej. Na jednośladzie zaczyna się robić rachunek sumienia. Tyle dobrego, że chociaż na te kilka minut zrobiło mi się ciepło.

I chyba wtedy dotarło do mnie, że moje początkowe założenie było może trochę zbyt optymistyczne. Chciałem oszczędzić opony. Chciałem uniknąć autostrady. Chciałem przy okazji nie zapłacić za bramki. Na razie oszczędzałem głównie na komforcie.

Oszczędność, która się nie opłaca

Do kompletu zamrugała mi pomarańczowa dioda, przypominając, że mimo niskiego spalania motocykl jednak nie jeździ na wiatr. Września za mną, przede mną Konin, a pomiędzy bodaj jedna jedyna czynna stacja na całym tym ponad sześćdziesięciokilometrowym odcinku, do której dotoczyłem się na oparach. Być może mogłem zjechać kilometr albo dwa i znaleźć coś jeszcze, ale w takich okolicznościach przyrody włączyło mi się widzenie tunelowe.

Bak, który miał być moim oszczędnościowym bonusem, zamienił się w licznik stresu odmierzany w kilometrach. Spojrzałem nawet na licznik we Wrześni, ale uznałem, że powinienem dojechać do kolejnej stacji. Tankowanie trzysetki ma tę zaletę, że płaci się grosze. Jest tylko jeden warunek: musi być gdzie.

Na szczęście dotoczyłem się w końcu do stacji. Panie krzątały się między regałami, więc przezornie nie zapytałem, czy „można jeszcze”, bo bałem się odpowiedzi. Szybko wlałem paliwo, zapłaciłem i dopiero wtedy wyszedłem zapalić papierosa (dzieci, nie róbcie tego w domu), rozprostować przewiane kości i przemyśleć moją taktykę z oszczędzaniem opon.

Owszem, nie jechałem autostradą. Za to jechałem nocą, po nieoświetlonych drogach, z błotem na asfalcie, lodowatym wiatrem znad Warty na każdej przecince, sarnami wyskakującymi z ciemności i coraz mniejszą ilością paliwa w baku. Nie taką oszczędność miałem na myśli.

Z ulgą, jakiej dawno nie czułem, wróciłem na A2 w okolicach Konina i stamtąd, już autostradą, dociągnąłem do Emilii.

Autorefleksja, która boli podwójnie

Objechałem płatną część A2 przede wszystkim po to, żeby nie męczyć siebie i motocykla. Kilkadziesiąt złotych, które przy okazji zostały w kieszeni, zaczęło wyglądać jak wyjątkowo kiepska nagroda za cały ten misterny plan. Bo rachunek nie kończył się na bramkach. Doszło paliwo, dodatkowy czas, wychłodzenie do kości, jazda po ciemku brudnym asfaltem i dwa zbyt bliskie spotkania z sarną, których żaden cennik nie przewiduje.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że „unikaj opłat” zadziałało bez zarzutu. Nie zostawiłem koncesjonariuszowi ani złotówki. Zapłaciłem za to wszystkim innym. A przy okazji zweryfikowałem swoją definicję oszczędności.

Nie chodziło nawet o te czterdzieści kilka złotych. Chciałem oszczędzić opony i uniknąć autostradowej męczarni na trzysetce. To, że przy okazji miałem nie zapłacić za bramki, było tylko miłym dodatkiem. Tyle że dodatki czasem mają zaskakująco wysoką cenę.

I w ten sposób, dojeżdżając do garażu, zrozumiałem, że czasem najtańsza trasa to ta, na której człowiek płaci te kilkadziesiąt złotych i jedzie dalej. A najdroższą pozycją na tym powrocie do domu wcale nie był przejazd przez szlaban, tylko opcja „unikaj opłat”.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.