REKLAMA

Naładowałem elektryczne auto i nie narzekam. To wspaniała rozrywka

Ludzie bywają niewdzięczni, na przykład ja. W miarę sprawnie udało mi się naładować auto elektryczne i jeszcze narzekam. Pobiegałem, zaznajamiałem się z lokalną infrastrukturą ładowania, nie nudziłem się jak przy dystrybutorze z paliwem – same korzyści.

Naładowałem elektryczne auto i nie narzekam. To wspaniała rozrywka
REKLAMA

Musimy na początku ustalić jedno (po raz setny, chyba), bo internet jest taki, że trzeba. Ja nie mam nic przeciwko elektrycznym samochodom, nawet bym chciał mieć jeden, ale mnie nie stać. Drobną przeszkodą jest też to, że bilans odniesionych korzyści zestawionych z kosztami byłby niekorzystny.

REKLAMA

W związku z tym, że jestem za biedny, chętnie opisuję, jak przebiega ładowanie elektrycznych pojazdów. W bonusie otrzymuję oburzenie kapłanów elektromobilności, którzy wiodą wyłącznie szczęśliwe życie, ładując się zawsze bez żadnych problemów. Odpoczywam też od nudy dystrybutora z paliwem, który jeszcze nigdy w życiu mi się nie zepsuł i nigdy nie odesłał mnie na inną stację.

Uprzedzam, to nie będzie opowieść grozy. Po prostu opiszę wam, jak ładowałem auto wczoraj, a wy sami sobie ocenicie, czy było fajnie.

REKLAMA
Nie robiłem zdjęć w trakcie tej przygody, więc będą trochę losowe.

Podgrzej akumulator

Odebrałem do testów miejski samochód elektryczny. Miejski oznacza w tym przypadku, że ma akumulatory 52 kWh (netto), czyli wcale nie takie małe. Jest to Cupra Raval w wersji VZ Extreme Plus, ale w 90 proc. w tej relacji jest to bez znaczenia.

Nie miałem potrzeby ładowania się w trakcie trasy liczącej niecałe 200 km. Mimo tego rozważałem podładowanie się w trakcie krótkiej przerwy, żeby mieć więcej energii w akumulatorach w domu. W autach koncernu Volkswagena można podejrzeć, jaka jest gotowość akumulatorów do ładowania. Podejrzałem i była umiarkowanie kusząca.

REKLAMA

Akumulatory mogłem ładować z kosmiczną mocą 19 kW, a po włączeniu opcji przygotowania, czyli zwiększenia temperatury, nawet z heroiczną – 40 kW. Maksymalna moc ładowania tego auta i w tej wersji (w katalogu) to 105 kW.

Odpuściłem więc pomysł ładowania w trakcie trasy. Oferowana moc była niesatysfakcjonująca, a z doświadczenia wiem, że opcja przygotowania akumulatorów opłaca się średnio. Traci się bardzo dużo energii na podgrzanie akumulatorów, dostając, jak widać, moc wciąż dużo niższą od katalogowej. Nie dane mi było zjeść obiadu ani nawet hot doga.

REKLAMA

Rezygnacja z ładowania „w trakcie”, „przy okazji”, w taki sposób niezauważony, ma skutki. Takie, że po przyjeździe do miejsca docelowego muszę pamiętać o doładowaniu auta, bo nie mam warunków do uzupełnienia energii w domu. Co stawia mnie w typowej sytuacji elektromobilnej Polski B.

Odwołałem się więc do sprawdzonych rozwiązań.

REKLAMA

Supermarket zawiódł

Udałem się pod pobliski supermarket, gdyż po około 2 latach oczekiwania, czyli od momentu postawienia stacji, w końcu ją uruchomiono. Zmieniło to moje elektromobilne życie, bo mogę zostawić tam auto i wrócić do domu pić kawę, zamiast stać przy ładowarce.

Liczyłem na dokładniejszy podgląd na koło po ciemku, ale w zasadzie to widać, że nie najechałem na krawężnik.

Z dużą przykrością, bo lubię kawę, nie odniosłem sukcesu. Karta flotowa tej samej firmy co karta, której używałem na tej ładowarce niedawno, tym razem okazała się kartą nieobsługiwaną. Samochodu nie naładowałem.

REKLAMA

Nie wiem, czy rzeczywiście karta już wypadła z łask systemu, czy był to chwilowy błąd – jest to jedna z wielu tajemnic, które potrafią towarzyszyć ładowaniu elektrycznych samochodów.

Musiałem wdrożyć plan B, a nie, to już w zasadzie C, no może takie B+, bo z tym planem A, czyli ładowaniem się w trakcie hot doga, byłem jednak mało zżyty. A tak swoją drogą, jak ktoś je hot dogi w trakcie ładowania, to dolicza potem koszt tych wszystkich zjedzonych hot dogów do rocznego bilansu ładowania? No nieważne, w sumie.

REKLAMA

Zebranie i kurier

W tzw. dalszej kolejności udałem się na pobliską ładowarkę, która z nieznanych mi bliżej przyczyn nie cieszy się popularnością, mimo że należy do znanej sieci i mieści się na bardzo dobrze zlokalizowanej stacji benzynowej.

Może przyczyną braku popularności jest to, że nie ma zapotrzebowania na istnienie stacji szybkiego ładowania na stacjach benzynowych w centrach miast, w dodatku oferujących kilowatogodziny w zupełnie innych cenach niż te, którymi mogą się cieszyć osoby ładujące auta elektryczne z domowego gniazdka. Taka luźna myśl.

REKLAMA

Ale, cichutko, niedobrze jest mówić o tym, że przechodzenie na elektryczną motoryzację zaplanowano lekko wadliwie. Na przykład wykluczono z niej połowę Polski, nie zapewniając jej możliwości taniego uzupełniania energii, co niewątpliwie jest atutem aut elektrycznych, ale tak trochę nie dla wszystkich.

To nie ten kurier, tylko jakiś losowy kurier z ładowarki.

Przy samej stacji ładowania nie było pusto. Może i ładowało się tylko jedno auto elektryczne, ale za to było to auto firmy kurierskiej, w związku z czym nie pasowało do wyznaczonego miejsca postojowego i zajmowało tak niecałe 1,5 miejsca.

REKLAMA

Widok busa korzystającego ze stacji ładowania nie jest niczym dziwnym w mieście, właściwie jest dość częsty. Dziwne za to jest, że rzeczywiści użytkownicy stacji ładowania w centrach miast nie mogą na nich zaparkować zgodnie z przepisami, bo nikt nie wpadł na to, że gdzieś taki typ pojazdów będzie musiał się ładować i bynajmniej nie będzie to „pod firmą”, skoro żadna firma w rozumieniu budynku dość często nie istnieje.

Kolejne miejsca były zajęte przez jakieś zebranie osób w spalinowych samochodach. Gdy osoby w spalinowych samochodach widzą puste zielone koperty, czują instynktowną potrzebę zajęcia ich, bo na takie marnotrawstwo pozwolić sobie nie mogą.

REKLAMA

Na szczęście gdzieś, i to nawet na zielonej kopercie, udało mi się stanąć, co nie znaczy, że udało się auto naładować.

Nigdy nie wiesz

Niestety nie udało się naładować auta na pierwszej z tych stacji. Karta zadziałała, ładowanie się rozpoczęło, ale od razu pojawiał się błąd przerywający ładowanie. Stacja ładowania opisała go jako błąd pojazdu.

REKLAMA

Na szczęście w tym samym miejscu była stacja o dużo niższej mocy, a spalinowe zebranie się skończyło. Przestawiłem auto i tym razem ładowanie rozpoczęło się bez problemów. Co nie znaczy, że przebiegło idealnie.

Pozostało mi więc już tylko jakoś zagospodarować prognozowane 45–50 minut czasu do końca ładowania. Poszedłem więc pobiegać. To dla zdrowia, więc nie mogę narzekać. Trochę martwi mnie proporcja czasu, w jakim biegałem, do tego, ile musiałem machać wtyczką i kartą, żeby zacząć biegać, ale obiecałem nie narzekać.

80 proc. naładowania

Liczyłem, że po powrocie zastanę auto naładowane do 100 proc., bo specjalnie ustawiłem tak limit, a raczej go wyłączyłem, bo z punktu widzenia przyszłego życia akumulatorów słuszniej jest trzymać go na 80 proc.

REKLAMA

Niestety auto naładowało się do stanu 80 proc., zgodnie z ustawionym limitem. Zmienił się on magicznie, a ja dopiero później odgadłem, że działo się tak zapewne z powodu włączonego tryby dbania o akumulatory, który kasuje ręczne ustawienie, co włączenie samochodu.

Ale nie narzekam, bo będzie okazja szybciej odwiedzić ładowarkę, a to są zawsze bardzo wdzięczne przygody. Nie mogę się doczekać zimy, bo wtedy zawsze bawię się jeszcze lepiej.

P.S. Dwa dni później bez problemu naładowałem się pod ładowarką supermarketu, posługując się tą samą kartą, ale wciąż do 80 proc., bo jeszcze wtedy nie doczytałem, co kasuje ustawienie do 100 proc.

Grafika główna powstała z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. W rzeczywistości szerzej się uśmiecham.

Grzegorz Karczmarz
Redaktor

Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.

REKLAMA
REKLAMA