REKLAMA

Na tym teście poległo 50 doświadczonych motocyklistów. Nie potrafili hamować

Niemcy zaprosili na plac pięćdziesięciu motocyklistów i kazali im najpierw ocenić własną drogę hamowania, a potem zahamować naprawdę. Wynik jest bolesny. Mniej więcej co drugi kompletnie nie trafia z liczbą.

Na tym teście poległo 50 doświadczonych motocyklistów. Nie potrafili hamować

Badacze z niemieckiego instytutu ifz wzięli pod lupę pięćdziesięciu doświadczonych motocyklistów – zaprosili ich na plac ADAC w Recklinghausen i przeprowadzili ponad dwieście przejazdów przy prędkościach 50, 70 i 80 km/h.

Zasada banalna: najpierw mówisz, ile metrów zajmie ci hamowanie, a potem hamujesz na serio i porównujemy. Deklaracja kontra asfalt.

Wyniki były do przewidzenia i trudno je nazwać optymistycznymi. W zależności od prędkości od 46 do 54 proc. uczestników rozjechało się z własną oceną. Innymi słowy, mniej więcej połowa stawki nie ma pojęcia, co się stanie po naciśnięciu klamki hamulca.

I druga strona medalu

Zanim jednak ktokolwiek wystawi pierś po medal, bo oczywiście akurat on potrafi, jest też drugi wniosek – jeszcze gorszy. Okazało się bowiem, że problem nie polega na tym, że uczestnicy hamowali słabiej, niż wcześniej przewidywali. Prawdziwym problemem było to, że po prostu nie czuli odległości.

Kierujący najpierw patrzyli na wyznaczony na placu odcinek i mieli oszacować, ile to metrów. I regularnie się mylili, uznając realny dystans za dłuższy, niż był w rzeczywistości.

A konsekwencje takiej pomyłki mogą być opłakane. Wydaje ci się, że od jadącego przed tobą pojazdu dzieli cię bezpieczne pięćdziesiąt metrów, a tak naprawdę może to być trzydzieści. Na motocyklu te dwadzieścia metrów różnicy może kosztować cię biodro.

Warto też dodać, że to nie jest historia o żółtodziobach, którzy nie wiedzą, gdzie jest klamka. Mowa o doświadczonych kierowcach z tysiącami kilometrów w siodle, nie o świeżo upieczonych posiadaczach prawa jazdy. A mimo całego tego doświadczenia większość i tak rozmijała się z własną oceną.

Nauczysz się z doświadczenia

Weterani lubią powtarzać, że kilometry same uczą. Otóż nie uczą. Wbrew powszechnym przekonaniom osoby jeżdżące dużo wcale nie oceniają drogi hamowania lepiej od tych, które siadają na motocykl od święta.

Wiek też nie jest tarczą ochronną. Wręcz przeciwnie – wśród starszych uczestników badania droga hamowania robiła się dłuższa. Jeśli doświadczenie coś buduje, to jest to pewność siebie, a niekoniecznie realne umiejętności. A to akurat najgorsza z możliwych kombinacji.

Ja podchodzę do tego z pokorą. Na początku każdego sezonu pierwsze dwie-trzy jazdy traktuję jak skrócony kurs. Jadę na nieuczęszczaną drogę, kilka razy przyspieszę, kilka razy się złożę, zawrócę, wyminę przeszkodę, zahamuję awaryjnie.

Kilku kolegów się z tego śmiało, bo to niby pamięć mięśniowa i nadgorliwość. I co najmniej jeden z nich ma już na koncie solidnego dzwona z późniejszą hospitalizacją i trwały uszczerbek na zdrowiu. To ja już wolę tę swoją nadgorliwość.

Wracając do niemieckiego testu, ciekawe jest to, że akurat samo hamowanie nie zawsze wypadało tragicznie. W wielu przypadkach motocykliści zatrzymywali się nawet szybciej, niż wcześniej zakładali.

Kłopot leży nie tu, a w rozjeździe między tym, co widzimy, a tym, jak to przeliczamy na metry i sekundy. Motocykl często potrafił więcej niż człowiek za kierownicą, tylko ten człowiek za kierownicą podejmował decyzje na podstawie błędnego obrazu świata.

I tu dochodzimy do gorzkiej prawdy, o której branża mówi od dawna, również przy okazji samochodów. Otóż wielu kierowców nigdy w życiu nie hamowało naprawdę awaryjnie, a jeśli już, to wciskało hamulec zbyt delikatnie.

Pulsacyjnego hamowania nie uczy dziś już chyba nikt, bo od tego jest ABS. Tyle że ABS nie wyręczy nas w ocenie sytuacji. Nie powie, że pięćdziesiąt metrów to naprawdę trzydzieści, i nie wciśnie klamki lub pedała mocniej, kiedy człowiek się zawaha.

Tego się da nauczyć

Badanie pokazało, że ci, którzy regularnie ćwiczą awaryjne hamowanie, faktycznie osiągają lepsze wyniki. Nudne, prawda? Zamiast kolejnych dziesięciu czy dwudziestu koni w nowym nabytku wystarczy pojechać na plac i kilkanaście razy zatrzymać się tak, żeby zapiszczały opony albo ABS uderzył po palcach. A jeszcze lepiej wybrać się na tor – chociaż raz w sezonie.

Z badania ifz wyrosła nawet cała kampania na temat zachowania odstępu, prowadzona razem z niemiecką radą bezpieczeństwa ruchu.

Cała ta historia sprowadza się do jednego: kupujemy coraz mocniejsze motocykle, gadamy o mocy i przyspieszeniu, licytujemy się na osiągi. A potem połowa z nas nie umie odpowiedzieć na najprostsze pytanie, jakie stawia droga: zdążę się zatrzymać czy nie?

Odkręcić manetkę potrafi każdy. Prawdziwa jazda zaczyna się gdzie indziej.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.