Byłem nad Morskim Okiem. Wjazd autem jest łatwiejszy niż w 1931 roku

Niedawno wybrałem się na krótki urlop w polskie góry i odwiedziłem słynny szlak prowadzący nad Morskie Oko. To, co zobaczyłem po drodze, mocno mnie zdziwiło.

Morskie Oko

Na początku lipca spędziłem kilka dni w polskich górach. Po raz pierwszy po paru latach przerwy zawitałem też na parkingu w Palenicy Białczańskiej, skąd startuje wiele tatrzańskich szlaków, w tym ten najsłynniejszy, 9-kilometrowy do Morskiego Oka.

Kiedy byłem tam poprzednio, transport konny nadal miał się dobrze, a o zastąpieniu zwierząt elektrycznymi busami dopiero zaczynało się głośniej mówić. Chyba nawet przeprowadzano ich pierwsze testy.

Dlatego byłem bardzo ciekawy, jak obecnie wygląda tam sytuacja, skoro z doniesień medialnych wiadomo, że e-busy już oficjalnie kursują, a konie są pod jeszcze większym nadzorem. No i jakim cudem pewnemu influencerowi udało się bez żadnej kontroli wjechać własnym samochodem aż pod samo Morskie Oko.

Morskie Oko
Widok na schronisko PTTK nad Morskim Okiem

Zacznę od tej ostatniej sprawy, bo najbardziej mnie oburzyła

Pod koniec maja młody obywatel Ukrainy postanowił wjechać nad Morskie Oko swoją Corvette. Początkowo dostał śmiesznie niski mandat, ale gdy sprawą zainteresował się cały aparat państwowy, nie było mu raczej do śmiechu.

Pewnie pamiętacie, bo nie było to tak dawno temu, a jeśli zdążyliście zapomnieć, to tu krótkie przypomnienie:

Zastanawiałem się, jak to było w ogóle możliwe, skoro (z tego co pamiętałem) wjazdu blokuje szlaban, a wokół zawsze kręci się sporo ludzi.

Odpowiedź na to pytanie dostałem od razu po zaparkowaniu auta i wyruszeniu na własnych nogach na szlak – automatyczny szlaban jest wyłamany, a metalowa bramka pozostaje na stałe otwarta. O tak to wygląda:

Morskie Oko

Do tego dochodzi kwestia godzin otwarcia punktów sprzedających wejściówki do Tatrzańskiego Parku Narodowego. W lipcu i sierpniu są czynne do 17:00, ale już w takim maju, gdy doszło do „incydentu” z Corvette, tylko do 15:00.

W efekcie po tej godzinie przy wejściu na drogę do Morskiego Oka hula wiatr i wszystko jest pozamykane, łącznie z foodtruckami i sklepikami. Podejrzewam, że o tej porze wjazd własnym samochodem do schroniska przy jeziorze nadal nie stanowiłby problemu.

Wolałem jednak nie sprawdzać tego na własnym przykładzie. Artykuł bez wątpienia powstałby wtedy niepowtarzalny, ale mógłbym się później nie wypłacić.

Choć nie ukrywam, że ilekroć idę szlakiem do lub z Morskiego Oka, to powraca do mnie myśl, jak wyjątkowym doświadczeniem musiałoby być pokonanie jej autem. Można by się poczuć jak uczestnicy Wyścigu Tatrzańskiego, który był rozgrywany na tej trasie w latach 1927-1931. Tylko wtedy droga była w o wiele gorszym stanie.

Jazda elektrycznym busem takich emocji raczej nie dostarczy

Zwłaszcza, że najpierw trzeba się na niego załapać. A jak już kiedyś pisaliśmy, z planowanych dwudziestu e-busów na razie kursują tylko cztery, przez co częstotliwość ich kursowania jest wręcz żałosna.

Według oficjalnego rozkładu ze strony TPN, codziennie do Włosienicy (ostatniego przystanku i „pętli” dla fasiągów przed Morskim Okiem) realizowanych jest sześć kursów z Zakopanego i cztery z Palenicy.

Wyszło więc jak zwykle, z szumnych zapowiedzi wycofania transportu konnego do Morskiego Oka i zastąpienia go przyjaznymi środowisku busami na prąd zrobiła się farsa. Zobaczymy, czy planowane pięciokrotne zwiększenie liczby e-busów cokolwiek w tym względzie zmieni.

Na razie, sam się sobie dziwię, że to robię, muszę jednak pochwalić fiakrów, bo z tego co udało mi się zaobserwować, faktycznie przestrzegają czasu pracy koni. Mimo że popołudniu we Włosienicy tworzyły się już kolejki oczekujących na zjazd w dół, fasiągi nie zabierały nikogo na pokład, dopóki nie minęła regulaminowa przerwa.

Morskie Oko
Panorama Morskiego Oka widziana z Czarnego Stawu pod Rysami

Tak że w polskich górach bez zmian – niby elektryczne busy już są, niby kursują, ale spotkać je na własne oczy niemal równie trudno, co śnieżnego koczkodana. Za to wjazd własnym autem wydaje się dziecinnie prosty. Ale oczywiście nie namawiam do tak bezmyślnego zachowania, bo można skończyć jak wspomniany wcześniej właściciel Corvette.

Mateusz Łubiński
Redaktor

Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.