REKLAMA

W Mapach Apple przełomowa zmiana. Tyle zostało z produktu premium

Telefon za równowartość używanego auta z czystym systemem i bez reklam? Do niedawna może tak, ale już niedługo na mapie zobaczysz sponsorowaną knajpę. Apple właśnie włączyło reklamy w swoich Mapach w USA i Kanadzie. Do Polski jeszcze nie dojechały, ale to tylko kwestia czasu.

W Mapach Apple przełomowa zmiana. Tyle zostało z produktu premium

Utarczki między użytkownikami iOS-a i Androida to nieodłączny motyw rozmów o telefonach. Nie będę tu zabierał głosu na temat wyższości jednego systemu nad drugim. Każdy ma swoje wady i zalety.

Na korzyść urządzeń Apple bez wątpienia działała dotąd jedna rzecz, którą fanboye marki mogli wytoczyć w każdej kłótni: „u nas nie ma reklam”. Działała – w czasie przeszłym. Bo oto Apple potwierdziło, że w Mapach ruszyły sponsorowane wyniki wyszukiwania. Wpisujesz „kawa”, a system najpierw pokazuje ci lokal, który za to zapłacił.

Widać to w dwóch miejscach. Reklama wyskakuje w sekcji sugerowanych miejsc, jeszcze zanim cokolwiek wpiszesz, a potem drugi raz na górze samych wyników. Apple obiecuje, że anonse mają pasować do wprowadzonej frazy, więc teoretycznie szukając pizzy, nie powinna wyświetlać się reklama kancelarii adwokackiej. Teoretycznie.

Kasa się musi zgadzać

Cała rzecz to element platformy Apple Business, ogłoszonej w marcu. Firmy z fizyczną lokalizacją mogą wykupić miejsce na górze wyników i w nowej sekcji sugerowanych miejsc. Model żywcem zerżnięty z App Store, gdzie licytacja o słowa kluczowe działa od lat. Reklama jest oznaczona niebieską plakietką, więc niby wiadomo, że to wynik opłacony.

Po co im to? Apple sam się chwali, że użytkownicy robią w Mapach ponad miliard wyszukiwań firm miesięcznie, a mniej więcej połowa kończy się jakąś akcją. Dla reklamodawcy to żyła złota: łapiesz człowieka dokładnie w chwili, gdy szuka, gdzie zjeść albo gdzie kupić wiertarkę. Trudno o lepszy moment na wciśnięcie mu czegoś pod nos.

Dla kierowców jest w tej aferce małe pocieszenie – reklamy trafiają do Map na iPhonie i iPadzie, a nie do CarPlay. Na ekranie w desce rozdzielczej na razie sponsora nie zobaczysz. „Na razie” to tu słowo kluczowe, bo raczej nikt rozsądny nie założy się, że tak zostanie na zawsze.

W ślad za innymi

Nie żeby Apple robiło coś wyjątkowego. Google Maps i Waze faworyzują płacących od lat, więc pod tym względem Cupertino tylko dogania peleton. Rzecz w tym, że cała legenda tej firmy opierała się na byciu inną. Że tu się dopłaca za spokój i brak śmietnika przed oczami. Okazało się, że spokój też ma swoją cenę, tylko teraz Apple skasuje klientów podwójnie.

Bo popatrzmy na rachunek. Na koniec wakacji 2026 iPhone 17 Pro Max w topowej wersji kosztuje w Apple Store ponad 10 000 złotych, a w podstawowej specyfikacji to wydatek 6299 zł. Za takie pieniądze człowiek mógłby oczekiwać, że aplikacja do znajdywania kebaba nie będzie miała działu sprzedaży. I by się pomylił.

Reklama w telefonie to jedno. Reklama na ekranie samochodu to poziom, który jeszcze niedawno brzmiał jak żart. A jednak – ekran w aucie robi się coraz pojemniejszy, CarPlay uczy się nawet odtwarzać wideo na postoju, więc miejsca na anonse nie zabraknie.

Ford opatentował już sposób na wpuszczanie reklam do kabiny, a Stellantis raczył właścicieli Jeepa, Rama i Chryslera wyskakującymi okienkami na ekranie. Auto z reklamą przestaje być twoje, a staje się billboardem, i to opłaconym podwójnie.

Apple zaklina się, że prywatność użytkowników jest bezpieczna: lokalizacja i reklamy, z którymi kierowca wchodzi w interakcję, nie są powiązane z kontem, a dane nie wędrują do firm trzecich. Brzmi dobrze i pewnie nawet jest prawdą. Tyle że prywatność to nie to samo co brak reklam, a obie te rzeczy właściciele iPhone'ów do niedawna uważali za oczywiste.

Do Polski reklamy w Mapach jeszcze nie dotarły – na początek pojawią się w USA i Kanadzie. Ale to samo mówiono o wielu innych rzeczach, które ostatecznie i tak wylądowały również nad Wisłą. Cieszcie się zatem czystą mapą, dopóki jeszcze pokazuje wam najbliższą stację, a nie tę, która najwięcej zapłaciła.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.