Jeździłem nowym Lexusem w hybrydzie. Łatwo o pomyłkę
Dawno żaden samochód nie zaskoczył mnie tak, jak nowy Lexus ES 300h. W najświeższym wydaniu jest większy niż Camry, a pali tyle co Aygo X Hybrid. Ale spokojnie, kilka wad też znalazłem.

Trzeba przyznać, że Lexus ES dość późno rozpoczął swoją karierę na polskim rynku. Nastąpiło to bowiem oficjalnie dopiero od siódmej (globalnie) generacji, która u nas pojawiła w sprzedaży w 2018 roku, w zastępstwie wycofanego modelu GS.
Teraz, 8 lat później, w salonach rozgaszcza się ósma odsłona Lexusa ES. Po raz pierwszy w historii ta japońska limuzyna jest dostępna zarówno w wariancie hybrydowym, jak i w pełni elektrycznym, a do tego z napędem przednim lub na wszystkie koła.
Podczas niedawnej prezentacji zorganizowanej dla przedstawicieli europejskich mediów miałem okazję przekonać się, co potrafi nowy Lexus ES w podstawowej wersji silnikowej. Nie spodziewałem się, że ten samochód dostarczy mi tylu zaskoczeń.





Wizualnie nie ma nudy
Choć poprzedni ES nigdy nie wyglądał zbyt ekscytująco, to przy aktualnym modelu wydaje się wręcz staroświecki. Nowy ES został zaprojektowany zgodnie z koncepcją stylistyczną Clean Tech x Elegance, porzucając klasyczną linię sedana na rzecz bardziej smukłej sylwetki z fantazyjnymi przetłoczeniami i krótko ściętym tyłem.
Hybryda i wersja elektryczna wyglądają prawie identyczne, a zaparkowane obok siebie mogą z powodzeniem służyć do zabawy w „znajdź 5 różnic”, jak na poniższym zdjęciu:

Pierwsza różnica to wąska szczelina w przednim zderzaku nad rejestracją – tego typu dodatkowy wlot powietrza występuje tylko w odmianie hybrydowej. Drugą różnicę stanowi umiejscowienie klapki „wlewu paliwa” – w hybrydzie jest w tylnym lewym błotniku, a w wariancie na prąd w przednim lewym błotniku.
Trzecia, choć nieco naciągana, różnica to rozmiar felg. Co prawda dla wszystkich wersji silnikowych standardem są 19-calowe obręcze, ale dla odmiany elektrycznej można opcjonalnie zamówić 21-calowe. W hybrydzie koła większe od seryjnych nie są oferowane.

Projekt przedniej części nadwozia nie pozostawia wątpliwości, że to Lexus. Mamy tutaj charakterystyczny front w kształcie litery X lub – jak kto woli – klepsydry, a także dobrze znane logo marki. Z tyłu natomiast tego logotypu już nie uświadczymy. Zamiast niego jest po prostu duży napis LEXUS wkomponowany w pas świetlny łączący tylne lampy.





Kwestia świateł w nowym Lexusie ES jest zresztą dość interesująca, więc uznałem, że zasługuje na osobny akapit, a nawet dwa. W przednich reflektorach wykorzystano podwójny motyw litery L – górna „elka” pełni rolę świateł dziennych i pozycyjnych, a dolna to kierunkowskaz. Główne światła znajdują się z kolei nieco niżej, osadzone głęboko w czarnym błyszczącym panelu w zderzaku.

O tylnych światłach już chwilę temu pisałem, ale chcę jeszcze zwrócić uwagę na kierunkowskazy, które z tyłu również przybrały formę litery L. Prezentują się efektownie, ale zostały zamontowane dość nisko w zderzaku. Przy okazji drobnej stłuczki czy obcierki parkingowej może się to okazać kosztownym problemem.

Najbardziej ekstrawaganckim zabiegiem stylistycznym w nowym Lexusie ES są jednak czarne listwy boczne. Element na przednich drzwiach przywodzi mi na myśl imitację wylotów powietrza, tylko że zwykle umieszcza się je raczej na błotnikach.





Nowy Lexus ES mierzy 514 cm długości, 192 cm szerokości i 155,5 cm wysokości oraz ma 295 cm rozstawu osi.
Tym samym pod względem wymiarów plasuje się gdzieś w połowie drogi między poprzednim ES a flagowym LS (bliżej mu nawet do tego drugiego), a do tego przewyższa je o mniej więcej 10 cm. Aktualna Toyota Camry nie ma do nowego ES nawet podejścia.

Ilość miejsca godna prezesa
Wspomniane wyżej gabaryty nowego Lexusa ES sprawiają, że należy go w zasadzie postrzegać jako następcę nie jednego, lecz dwóch modeli – chodzi mi tutaj o nieoferowaną już limuzynę LS.
Japończycy chwalą się, że w opisywanym aucie uzyskano o 7,7 cm więcej przestrzeni na nogi w drugim rzędzie niż w poprzedniej generacji i to faktycznie czuć, bez konieczności skakania z miarką po wnętrzu. Miejsca jest tyle, że siedzący na tylnej kanapie mogą swobodnie założyć nogę na nogę i w dodatku wcale nie odbywa się to kosztem jadących z przodu. I nie przeszkadzają nawet twarde plecy przednich foteli.





Tworząc nowego Lexusa ES, japońscy konstruktorzy zastosowali ten sam trik, co Szwedzi z Volvo ES90 – niby to nadal limuzyna, ale podniesiona. Może jeszcze nadal nie SUV, ale już trochę taki crossover. Tylko czy w czymś to przeszkadza? Absolutnie nie.
Co więcej, dzięki temu do nowego ES wsiada się chyba najłatwiej spośród wszystkich sedanów, którymi do tej pory jeździłem. Duży otwór drzwiowy, wysoko zamontowane siedzenia i podniesione nadwozie sprawiają, że zajmowanie miejsca w kabinie jest naturalne, bez zbędnej gimnastyki.

Prezes, który przesiądzie się do nowego ES ze swojego dotychczasowego Lexusa LS, powinien być też zadowolony z bagażnika. W hybrydzie jego pojemność wynosi 493 l (wersje elektryczne oferują minimalnie więcej – 517 l), a do tego dochodzi jeszcze schowek pod podłogą.





Kokpit zmienił się nie do poznania
Przez lata Lexus przyzwyczaił nas do określonego wyglądu deski rozdzielczej w swoich modelach – były między nimi oczywiście pewne różnice, ale dało się łatwo odczuć, w aucie jakiej marki się siedzi. Tymczasem w nowym ES kokpit stał się dużo bardziej minimalistyczny, a przez to też dość generyczny.

Zniknęło nawet logo z kierownicy, a zamiast niego pojawił się prosty napis. Przynajmniej zostały nadal fizyczne przyciski, ale sama obręcz jak dla mnie mogłaby być nieco bardziej mięsista, żeby przyjemniej leżeć w dłoniach.

We wnętrzu najciekawszy wizualnie jest chyba panel zestawu wskaźników. Kształt wyświetlacza o przekątnej 12,3 cala wyjątkowo mi się spodobał, bo budzi we mnie skojarzenia z babcinym zegarem kominkowym, a ponadto otrzymał dopasowany kształtem daszek. Cyfrowe zegary posiadają bardzo sensowne opcje personalizacji i mogą wyświetlać m.in. mapę nawigacji.





Mniej pozytywne wrażenie zrobiły na mnie natomiast multimedia. Dotykowy ekran ma przekątną aż 14 cali, a system jest oczywiście całkiem przejrzysty i ma interfejs zbliżony do tego, który występuje też w nowszych Toyotach, ale jakość tłumaczenia niektórych funkcji jest na zaskakująco niskim, wręcz chińskim poziomie.





Dla przykładu, część ustawień asystentów jazdy ukryto w menu o niewiele mówiącej nazwie „Powiadomienia”:

Jeszcze lepsze kwiatki wychodzą, gdy przejdzie się do wyboru trybu jazdy. Podstawowy tryb jest podpisany jako „Normalny”, ale na liście dostępnych ustawień występuje już jako „Normalna”. A jest jeszcze bardziej niepasujące formą „Niestandardowo”:

Jak widać powyżej, na głównym ekranie jest też panel klimatyzacji, ale na szczęście na listwie pod wyświetlaczem są przyciski, nazywane przez Lexusa Hidden Switches, które pozwalają zmieniać temperaturę czy włączyć ogrzewanie tylnej szyby. Kilka fizycznych guzików znajdziemy także na tunelu środkowym, obok dźwigni zmiany biegów.





A choć miejsca na smartfona na konsoli są dwa, to funkcję indukcyjnego ładowania ma tylko to z lewej. Oprócz tego do dyspozycji są cztery porty USB-C – po dwa z przodu i dwa z tyłu.





To samo oznaczenie, ale napęd zupełnie inny
Japońska limuzyna w wersji hybrydowej zachowała oznaczenie poprzednika, czyli ES 300h, ale kryje się pod nim całkowicie nowy układ napędowy szóstej generacji.
Jego bazę stanowi 2,5-litrowy silnik benzynowy o mocy 143 KM, połączony z jednostką elektryczną o mocy 150 KM i bezstopniową przekładnią E-CVT. Dodatkowo, po raz pierwszy w tym modelu, opcjonalnie dostępny jest napęd na wszystkie koła E-Four, w którym za napędzanie tylnych kół odpowiada osobny motor elektryczny o mocy 55 KM.

Niezależnie jednak od wybranego wariantu moc systemowa pozostaje taka sama – wynosi 201 KM. Przednionapędowy ES przyspiesza do setki w równe 8 sekund, a czteronapędowy o 0,3 sekundy szybciej. Oba rozpędzają się natomiast do 195 km/h.
A jak ze spalaniem? Dla standardowego Lexusa ES 300h producent podaje średnio 4,8-5,2 l/100 km, a dla odmiany AWD tylko nieco więcej, bo 4,9-5,4 l/100 km.
Podczas pierwszych jazd testowych podróżowałem co prawda jedynie wersją przednionapędową, więc nie wypowiem się, jak to wygląda w AWD, ale bazowy ES 300h jest naprawdę oszczędny. Średnie zużycie paliwa według komputera pokładowego nie odbiegało zbytnio od wartości, które pamiętam z testu malutkiego Aygo X Hybrid.
Jadąc drogami lokalnymi z prędkością nieprzekraczającą 70 km/h, po dość pagórkowatym terenie, średnia na komputerze oscylowała wokół 3,5 l/100 km. Natomiast spalanie na ok. 20-kilometrowym odcinku na lotnisko, obejmującym miasto i obwodnicę z ograniczeniem do 110 km/h, wyniosło 4,3 l/100 km. Chyba nieźle, jak na ponad 5-metrową limuzynę.

Wcześniej napisałem, że hybryda i wersja elektryczna są do siebie bardzo podobne, a różnią je tylko detale. O podobną pomyłkę nietrudno podczas jazdy, zwłaszcza ze stałą prędkością na ekspresówce – kabina nowego Lexusa jest tak dobrze wyciszona, że niewtajemniczony pasażer faktycznie może pomyśleć, że to wariant na prąd.
Wszelkie wątpliwości w tym względzie rozwiewają się jednak, gdy kierowca wciśnie mocniej gaz – hybrydowy ES nie przyspiesza tak dynamicznie, jak wersje elektryczne. Owszem, robi to całkiem płynnie, ale bardziej, powiedzmy, dostojnie. No i wciąż słychać przy tym charakterystyczne dla hybryd „wycie”, ale trzeba przyznać, że bardziej stłumione i mniej natarczywe niż kiedyś.





Skoro przekazałem wam już, jak nowy Lexus ES 300h wygląda, jakie ma wnętrze i jak się nim jeździ, to pozostało jeszcze ustalić odpowiedź na jedno bardzo ważne pytanie, które brzmi…
Ile trzeba zapłacić za nowego Lexusa ES 300h?
Katalogowe ceny hybrydy nie są zbyt zachęcające:
- 299 900 zł za model ES 300h,
- 314 900 zł za model ES 300h AWD.
Na szczęście obowiązuje cennik promocyjny, który oddala nas od 3 z przodu:
- 260 100 zł za model ES 300h,
- 273 100 zł za model ES 300h AWD.
W sprzedaży jest tylko jedna wersja wyposażenia o nazwie Prestige. W standardzie zapewnia m.in. 19-calowe felgi, dwustrefową klimatyzację, tapicerkę ze skóry syntetycznej, podgrzewane i wentylowane fotele przednie, dach panoramiczny, inteligentny kluczyk, kamerę cofania, 12,3-calowe cyfrowe zegary czy nawigację z 14-calowym ekranem dotykowym i 10 głośnikami.

Niby nieźle, ale uważam, że opcjonalny pakiet Multimedia to „zestaw obowiązkowy”. Wymaga on 15 000 zł dopłaty, ale dodaje do listy wyposażenia system audio Mark Levinson z 17 głośnikami, wyświetlacz HUD, cyfrowe lusterko wsteczne i system kamer 360 stopni.





Jeździłem dwoma egzemplarzami nowego Lexusa ES, jeden miał wspomniany pakiet, a drugi nie. Różnica między nimi jest wyraźna, co jest widoczne chociażby na powyższych zdjęciach z porównaniem standardowej kamery cofania i opcjonalnego systemu 360 stopni.

Lexus ES 300h niemal całkowicie zerwał z wizerunkiem, do którego przyzwyczaił nas jego poprzednik. Przestał być statecznym, by nie powiedzieć trochę bezbarwnym, sedanem, a stał się nowoczesną, oryginalnie stylizowaną limuzyną, która wydaje się mierzyć o dobry segment wyżej.
No i okazuje się fenomenalnie oszczędna w rzeczywistych warunkach, a nie tylko w rubrykach katalogu. A to jak dla mnie ma niebagatelne znaczenie przy dzisiejszych cenach paliw.
Lexus ES 300h FWD 2026 – dane techniczne
- silnik: 2.5 HEV
- moc: 201 KM
- skrzynia biegów: bezstopniowa E-CVT
- napęd: przedni
- przyspieszenie 0-100 km/h: 8,0 s
- prędkość maksymalna: 195 km/h
- średnie zużycie paliwa: 4,8-5,2 l/100 km
- długość: 514,0 cm
- szerokość: 192,0 cm
- wysokość: 155,5 cm
- rozstaw osi: 295,0 cm
- pojemność bagażnika: 493 l
- masa własna: 1820 kg
- ładowność: 490 kg
- cena: od 260 100 zł
Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.