Pewien polityk lubi powtarzać, że „jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem”. Zwykle raczej nie jest nam po drodze, ale tym razem muszę się z nim zgodzić – w przypadku graciarstwa system ze mną wygrał.

Musicie wiedzieć, że tak w zasadzie to graty mnie wychowały. Nie dosłownie oczywiście, ale dzięki mojemu tacie stare auta towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Jako dziecko mogłem godzinami siedzieć w należących do niego dwóch Syrenkach, a w późniejszych latach też zawsze oprócz zwykłego samochodu na co dzień mieliśmy hobbystycznie jakiegoś gruchota.
Po zdaniu prawa jazdy kontynuowałem tę naszą specyficzną, rodzinną tradycję
A nawet ją rozszerzyłem, angażując się w organizację zlotów i rajdów dla pojazdów zabytkowych. Choć obecnie to już raczej przeszłość i przynajmniej na razie nie planuję do tego wracać, o czym kiedyś pisałem.
Niemniej jednak, nadal mam zdecydowanie zbyt wiele aut, z których większość jest w dodatku ode mnie starsza, i prędzej powinienem któregoś się pozbyć, zamiast myśleć o kolejnym. Zwłaszcza że po zakupie Mercedesa W115 powiedziałem sobie (i bliskim), że teraz czuję się graciarsko spełniony i nie potrzebuję już nic więcej kupować.

No ale właśnie… To, że nie potrzebuję kolejnego wozu nie oznacza wcale, że nie mógłbym go mieć. Szczególnie że wciąż na mojej liście widnieje kilka marek i modeli, które chciałbym sobie jeszcze kiedyś sprawić i chociaż przez trochę pojeździć.
Natura nie znosi próżni, więc od czasu do czasu lubię sobie poprzeglądać ogłoszenia
W tym roku nawet parę razy byłem o krok od wyciągnięcia gotówki ze skarpety i pojechania po kolejnego grata do kolekcji, ale za każdym razem coś mnie powstrzymywało. I paradoksalnie nie było to nic bezpośrednio związanego z samym autem.

Po prostu uświadomiłem sobie brutalną prawdę – złota era na uprawianie graciarstwa już ostatecznie minęła. Ale cieszę się, że załapałem się przynajmniej na jej schyłkowy okres.
Historie o kupowaniu Syreny za pięć dyszek czy flaszkę znam już co prawda tylko z opowieści starszych kolegów. Za to udało mi się jeszcze kupić kilka ciekawych wozów z osiedla dzięki liścikowi zostawionemu za wycieraczką i pamiętam słynne „zniżki weterańskie” dla wszystkich aut starszych niż 25 lat u jednego z ubezpieczycieli.
Dziś kupno kolejnego grata straciło dla mnie cały romantyzm
Przede wszystkim, z osiedlowych parkingów poznikały już niemal wszystkie dziadkowe klasyki i zostały co najwyżej plastikowe niedobitki, w postaci jakiegoś Lanosa czy Corsy B na czarnych blachach. A tego typu wozy nie budzą we mnie takiego pożądania, bym rwał kartkę z notatnika i pisał na kolanie wiadomość zaczynającą się od słów „Szanowny Właścicielu, chętnie kupię…”, jak kiedyś na widok Dużego Fiata czy starej Jetty.

Trzeba się więc posiłkować głównie tym co w ogłoszeniach. Jest łatwiej, bo wystarczy zadzwonić i umówić się na oglądanie. Ale brakuje tego dreszczyku emocji jak kiedyś – czy właściciel zauważy karteczkę za szybą, czy zadzwoni. Te „podchody” oraz możliwość poznania historii auta i człowieka czasami były atrakcyjniejsze niż sam grat.
Brak tego jednak mógłbym jakoś przeżyć, jeśli naprawdę zależałoby mi na danym aucie. W istocie gwoździem do mojej graciarskiej trumny stało się coś innego.
A skoro nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze
Człowiek w końcu dorasta, zaczyna myśleć o zmianie stanu cywilnego i założeniu rodziny, a to nie są tanie rzeczy. Więc nagle okazuje się, że może jednak szkoda wydać tych parę groszy na nowego grata, rozsądniej odłożyć na tzw. przyszłość.
A nawet jeśli chęć posiadania kolejnego auta jest silna, to i tak z tyłu głowy zaraz pojawiają trzy złowieszcze literki – SCT. Mieszkam bowiem w Warszawie, na szczęście poza granicami strefy, ale i tak przymierzając się do zakupu, mimowolnie sprawdzam, do kiedy jeszcze będę mógł wjeżdżać tym wozem do miasta.
Oczywiście wiem, że jeśli auto ma więcej niż 25 lat, to można wyrobić u rzeczoznawcy odpowiednią opinię itd., ale jak dla mnie to tylko dodatkowe marnowanie pieniędzy (samo kupno gruchota poniekąd już nim jest) i strata czasu na formalności. A po prostu na żółte tablice również go nie zarejestruję, ponieważ od paru lat kryteria konserwatorów wywaliło w kosmos, tu o tym pisałem.
No i nie zapominajmy o ubiegłorocznej podwyżce stawek za badanie techniczne. Przy jednym aucie te 50 zł na rok nie robi różnicy, ale już przy prawie dziesięciu, z których część jest z LPG… Ech, szkoda gadać, podobnie jak o obecnych cenach paliw.
Do tego wysokość OC też systematycznie rośnie (bo przecież czemu miałoby być inaczej), więc o ile jeszcze parę lat temu (zwłaszcza gdy działały wspomniane wcześniej „zniżki weterańskie”) podstawowe koszty utrzymania grata, czyli polisa i przegląd, można było zamknąć w kwocie 300-400 zł rocznie, o tyle aktualnie mówimy bardziej o 600-700 zł. A tymczasem wartość auta zwykle nadal pozostaje taka sama.

Ten mój nieco przydługi wywód o gratach wypadałoby wreszcie jakoś podsumować, więc niniejszym spróbuję jakoś to zrobić. Tak więc, graciarstwo ostatecznie straciło dla mnie swój urok, bo z prostego hobby realizowanego za zaskórniaki stało się coraz droższą zabawą, coraz bardziej ograniczaną przepisami (wprowadzanie stref czystego transportu, podnoszenie kryterium wieku dla zabytków).
Dlatego postanowiłem pogodzić się z tym, że niektóre samochody, nawet te bardzo przyziemne, pozostaną dla mnie już raczej tylko w sferze marzeń. A patrząc po moim aktualnym stanie konta, to chyba nawet lepiej.
Zdjęcie główne: Aleksander Kluszczyński
Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.