Dodge Charger wjeżdża do Europy. 1.2 PureTech nie stwierdzono
Dodge Charger ma po raz pierwszy trafić do oficjalnej dystrybucji w Europie – i to od razu w obu wersjach, elektrycznej i benzynowej. Czekaliśmy na to zaledwie 60 lat.

Sześćdziesiąt lat. Tyle skończył w tym roku Dodge Charger – ikona amerykańskich muscle carów, która przez dekady rozpalała wyobraźnię fanów ćwierćmilowych pasków asfaltu i widzów kinowych hitów z Vinem Dieslem. I właśnie z okazji tego jubileuszu Dodge postanowił zrobić coś, czego nikt się chyba nie spodziewał: oficjalnie wprowadzić Chargera do Europy. Dystrybucją zajmie się KW Automotive – importer z autoryzowaną siecią dealerów na kluczowych europejskich rynkach. To, co przez lata odbywało się tylnym wejściem przez szarą strefę, teraz wjeżdża główną bramą – z gwarancją i pełnym serwisem.
Oferta obejmuje cztery wersje. Benzynowe Chargery – R/T otrzymał 420-konną rzędową szóstkę Hurricane, a Scat Pack jej 550-konną odmianę z twin-turbo. Do tego dochodzą dwa warianty elektryczne: Daytona R/T oferuje 536 KM, a Daytona Scat Pack na stół rzuca poważne 670 KM. Wszystkie wersje są standardowo wyposażone w napęd na cztery koła i dostępne jako coupe lub czterodrzwiowy sedan.
Europa w końcu się doczekała
Na Starym Kontynencie Charger nigdy nie był oficjalnie sprzedawany. Przez dekady kilkadziesiąt egzemplarzy rocznie trafiało tu w kontenerach – entuzjaści zamawiali je prosto ze Stanów, płacąc słono za przeróbki i homologacje. Teraz dostają produkt gotowy od ręki. Dodge powinien jednak zdawać sobie sprawę, że rynek europejski to nie Teksas.

Bo jest pewien problem z benzyną. Europejskie normy emisji i kierunek regulacji sprawiają, że 550-konny amerykański muscle car nie jest dziś produktem, który urzędnicy w Brukseli chcieliby oglądać na ulicach. Unia Europejska złagodziła wprawdzie słynny zakaz sprzedaży aut spalinowych od 2035 roku, ale to raczej furtka dla hybryd i oszczędnych silników spalinowych. Narowisty, 3-litrowy muscle car pijący przy każdym odpaleniu wiadro benzyny w żadnym scenariuszu nie jest tym, czego szuka brukselski urzędnik liczący gramy CO2 na kilometr.
A przecież można było prościej
Stellantis, właściciel marki Dodge, ma w ofercie między innymi silnik 1.2 PureTech – trzycylindrowy turbodoładowany agregat o mocy 130 KM, który napędza połowę europejskiej floty Peugeotów i Citroënów. Skromny, ekonomiczny, nienaganny pod względem emisji. Cóż stało na przeszkodzie wsadzić go do Dodge’a? Przecież gdyby Charger był Europejczykiem z urodzenia, pewnie miałby pod maską właśnie taki silniczek, jeździł na FWD i miał zużycie poniżej 5 litrów na sto kilometrów.
Dobra, koniec tych niesmacznych żartów. Dodge Charger 1.2 PureTech brzmi jak zdanie wygenerowane przez sztuczną inteligencję po spożyciu zbyt dużej ilości alkoholu. Na szczęście dla miłośników hałasu i zapachu benzyny Charger Europejczykiem nie jest. Zestawianie go na poważnie w jednym zdaniu z „1.2 PureTech” powinno być karalne.
Jeśli chodzi o wersje elektryczne, Daytona to nie jest kompromis – to broń. 670 KM w wersji Scat Pack i napęd AWD to dane, przy których nawet europejskie superauta muszą sprawdzić, czy dobrze zapięły pasy. Dodge twierdzi, że to najszybszy i najmocniejszy napędzany elektrycznie muscle car z napędem AWD. I jest to możliwe, głównie dlatego, że w segmencie elektrycznych muscle carów konkurencja jest jak dotąd znikoma.
No dobrze, to ile to może kosztować?
Ceny? Na razie na Europę jeszcze ich nie znamy, ale w Stanach wygląda to tak:
- Dodge Charger R/T - 49,995 dolarów (i 51,995 za wersję 4-drzwiową)
- Dodge Charger R/T Plus - 54,990 dolarów (56,990 za wersję 4-drzwiową)
- Dodge Charger Scat Pack - 54,995 dolarów (56,995 za wersję 4-drzwiową)
- Dodge Charger Scat Pack Plus - 59,990 dolarów (61,990 za wersję 4-drzwiową)
- Dodge Charger Daytona Scat Pack - 72,495 dolarów (72,995 za wersję 4-drzwiową)
- Dodge Charger Daytona Scat Pack Plus - 77,490 dolarów (77,990 za wersję 4-drzwiową)
Warto przy tym dodać, że Stellantis grubo podbił ceny za wersje elektryczne. W 2027 roku Charger Daytona Scat Pack w wersji 2-drzwiowej będzie droższy aż o 12 500 dolarów, a 4-drzwiowy o 11 000 dolarów. Punkt wyjścia będzie wynosić odpowiednio 72 495 i 72 995 dolarów.
Zazwyczaj, gdy ceny skaczą tak drastycznie między rocznikami modelowymi, wiąże się to z jakimiś poważnymi aktualizacjamii. Ale nie tym razem. Stellantis dodał port ładowania NACS, kilka opcji personalizacji i policzył za to pięciocyfową podwyżkę. Trudno to zrozumieć. Koncern tłumaczy się standardowo dynamiką rynkową, bla, bla, bla.
Nie wszystko musi być praktyczne
Charger to jednak coś więcej niż środek transportu. Od 1966 roku, gdy zadebiutował jako fastback z V8, stał się twarzą drag racingu w NHRA i gwiazdą kina – wystarczy wspomnieć choćby serię Fast & Furious. Europejczycy, którzy znają go głównie z ekranu, teraz będą mogli kupić go w salonie. To trochę jak spotkanie na żywo z kimś, kogo znałeś wyłącznie z filmów.

Kto w Europie rzeczywiście po niego sięgnie? Przede wszystkim klienci, którzy i tak by sprowadzili Chargera samodzielnie – ale teraz zrobią to w salonie, z gwarancją i bez walki z homologacją. Do tej grupy dojdą zapewne kolekcjonerzy aut niszowych oraz miłośnicy motoryzacyjnej ekstrawagancji. Bo trudno wymyślić większy kontrast niż Daytona Scat Pack parkujący obok Dacii Spring.
Pytanie, czy europejski klient – przyzwyczajony do crossoverów z litrowym silnikiem i ratą leasingu wyliczoną co do złotówki – ma ochotę na 550-konnego Jankesa z apetytem godnym połowy menu w steakhouse’ie. Czas pokaże.
Jedno jest pewne: Charger zawsze przyciągał wzrok. A w europejskim tłumie aut wielkości wózka golfowego będzie wyglądał jak zawodnik NFL, który przypadkiem wszedł na spotkanie Koła Gospodyń Wiejskich.



















