Chińskie auto w 10 minut uzupełniło 70 proc. energii. Ten sukces to już „to”
Denza Z9 GT kosztująca ponad pół miliona złotych ładowała się z mocą sięgającą 563,8 kW. Dzięki temu spędziła przy stacji ładowania 10 minut i nie naładowała się do pełna. Nie wiem, jak się ustawić do tego sukcesu.

Redakcja Elektromobilni.pl przeprowadziła próbę z udziałem Denzy Z9 GT, która zakończyła się powodzeniem. Auto na stacji ładowania umożliwiającej ładowanie z mocą 600 kW, umieszczonej przy autostradzie A1, pojawiło się z poziomem baterii wynoszącym 11 proc. 10 minut później miało już 81 proc. Moc ładowania sięgnęła 563,8 kW. To dobrze.
Dobry wynik
10 minut to bardzo dobry wynik, nie ma więc co narzekać, cieszyłbym się, gdybym przy ładowarce zawsze spędzał tyle czasu. Szkoda tylko, że praktycznie żaden z elementów tego wydarzenia nie występuje w przyrodzie. Może po prostu jeszcze musimy poczekać, aż dokona się taki postęp, że staną się powszechnie dostępne i będzie dobrze?
Ale możemy też zadać pytanie: skoro to jest sukces, to czy jest to już sukces ostateczny? Czy 10 minut przy stacji ładowania w celu zwiększenia poziomu naładowania o 70 punktów procentowych to już jest to dobre, czy jednak czeka nas jeszcze coś lepszego i kiedy to nastąpi?
Pokaz z udziałem narzędzi specjalnych
Wszyscy producenci robią tego typu pokazy mocy, niekoniecznie ładowania. Ci z układami hybrydowymi jeżdżą o kropelce, hybrydziarze plug-in wykręcają niesamowite zasięgi na jednym tankowaniu, a nastawieni na komfort jazdy jeżdżą po progach spowalniających z jajkiem na masce. Pokaz mocy ładowania jest absolutnie normalny.
W dodatku przynosi cenną wiedzę. Pokazuje, jak istotna potrafi być architektura układu połączona ze stacją ładowania o wysokiej mocy. Sam ładowałem w podróży auta elektryczne z mocą przekraczającą 300 kW i faktycznie jest to doświadczenie zmieniające przemieszczanie się na dalsze odległości.
Ale rozchodzi się o to, że to wszystko nie występuje w przyrodzie w wystarczającym stężeniu.
Występowanie w przyrodzie
Ja nie mam pretensji, że ktoś szybko naładował bardzo drogi samochód, ja tylko chcę nakreślić tło tego wydarzenia.
Auto kosztuje ponad 0,5 mln zł, co plasuje je nieco poza dostępnością dla tzw. zwykłego Kowalskiego. Oczywiście są auta elektryczne, które mogą się ładować prawie równie szybko i są znacznie tańsze, ale też nie w cenie Dacii Spring.
Stacje ładowania o takiej mocy również nie są przesadnie często spotykane. Ta, której użyto, jest dość wyjątkowa i należy do sieci Orlen. Wykorzystano złącze CCS o mocy do 600 kW na stanowisku przygotowanym z myślą o transporcie ciężkim, na MOP Stobiecko Szlacheckie Zachód.
Nie jest też tak, że stacje o mocy przekraczającej 300 kW są dwie na krzyż w całym kraju. Taką moc oferują choćby punkty Ionity w Poznaniu, Świecku, Zgorzelcu, Koszalinie, Nowogardzie i Radomsku. Ale na wschód od Wisły można je policzyć na palcach jednej ręki.
To mogło trwać krócej
Sama próba obejmująca ładowanie do 81 proc. mogłaby trwać krócej, o wiele krócej, gdyby stał tam samochód z mniejszymi akumulatorami, a mocą ładowania podobną.
Użyto auta z zestawem akumulatorów 122,5 kWh, czyli wyjątkowo dużym i naprawdę rzadko spotykanym. Kilowatogodzin do uzupełnienia było więc sporo.
Możemy to wszystko załatwić jednym zdaniem i rozpędzić wątpliwości. Zdanie brzmiałoby mniej więcej tak, że postęp technologiczny wszystkie powyższe warunki upowszechni.
Liczba stacji z wysoką mocą ładowania będzie systematycznie rosła. Technologia z drogich modeli będzie schodzić coraz niżej, tak dzieje się od zawsze i szybsze ładowanie ma szansę się upowszechnić.
Pytanie tylko, jak długo będziemy na to czekać. Kiedy używane elektryczne auto tego Kowalskiego będzie uzupełniać energię od poziomu 11 proc. do 81 proc. w 10 minut? Chyba jeszcze chwilę to zajmie.
I jeszcze jedno pytanie: czy to już koniec?
Pytam dla kolegi
Oczywiście, że wiem, iż istnieją pojazdy i ładowarki, które potrafią auto elektryczne naładować jeszcze szybciej. Tylko że końca drogi w zrównywaniu aut elektrycznych ze spalinowymi nie widać.
Zauważmy może jeszcze, że producent, opisując technologię FLASH Charging, podaje lepszy czas ładowania, czyli 9 minut dla ładowania od 10 do 97 proc. Tyle że wymaga to stacji FLASH Charging, która w Europie nie występuje.
Wynik oczywiście jest znakomity, ale przeciętny Kowalski – przywołajmy go ponownie – zauważy, że supersamochód elektryczny ładuje się ciągle dłużej niż tankuje się najtańszy samochód spalinowy.
Autom elektrycznym do sprawnego przemieszczania się nie trzeba wiele więcej niż wyniki takiej próby, może nawet niczego więcej im nie trzeba. Nie bardzo też ktoś pali się do pokazywania, jak jego auto elektryczne nagle i niesamowicie nie traci zasięgu zimą. Z prostej przyczyny, bo traci. Ten odcinek walki o lepsze jutro chyba już został odpuszczony.
To może być już koniec rozwoju aut elektrycznych i osiągnęliśmy już docelowy punkt. Teraz pozostaje tylko czekać, by ten szczyt stał się normą. To chyba już jest "to".
Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.