Rewolucja w badaniach technicznych: będą zdjęcia. Rząd podał termin
Rząd wraca z reformą badań technicznych. Sercem zmian są zdjęcia, bo diagnosta ma sfotografować auto i drogomierz, a dokumentacja będzie musiała swoje odleżeć w folderze. Koniec pieczątek stawianych przez telefon.

Wszyscy znamy ten gatunek przeglądu, w którym samochód nie widział stacji, a mimo to dostał pieczątkę. Nawet jeśli tylko z opowiadań. Sam wielokrotnie słyszałem, że taki czy taki diagnosta „ogarnia zdalnie”, jakby to był serwis streamingowy, a nie kontrola hamulców. Auto stało pod blokiem, a papier robił się sam. Teraz ten model biznesowy może posypać się jak zamek w Chęcinach.
W projekcie nowelizacji Prawa o ruchu drogowym, który wdraża unijną dyrektywę o badaniach zdatności do ruchu, jest zapis brzmiący niepozornie, a wywracający tę szemraną branżę do góry nogami. Obecność pojazdu na badaniu ma być bowiem dokumentowana fotograficznie.
Każde auto będzie musiało stanąć na ścieżce i dać zrobić sobie zdjęcia. Bez fotek nie będzie badania, a bez badania nie ma legalnej jazdy. Dokumentacja ma zawierać wyraźne zdjęcia pojazdu oraz wskazanie drogomierza. Twój piętnastoletni wehikuł zaliczy sesję z lepszym oświetleniem niż ty na ostatnim weselu.
Po co ten cały teatr?
Chodzi o przebiegi, wokół których narosła cała podziemna gospodarka. Sprowadzanym z Zachodu autom przebieg magicznie chudł o sto tysięcy, a nieświadomy kupujący cieszył się egzemplarzem spod koca od pani doktor. Teraz w końcu ten proceder ma zostać ukrócony. Fotografia nie dyskutuje i nie da się jej przepisać „z palca”.
Twoje auto zyska więc własny album rodzinny z foteczkami z młodości. I w ciągu kilku lat będzie można go odtworzyć i sprawdzić, jak wyglądało w dniu przeglądu, ile miało na liczniku i czy przypadkiem nie dostało drugiego życia poza papierami.
W poprzedniej wersji projektu zapisano konkrety: wyraźne zdjęcia całej bryły z dwóch przekątnych, z przodu i z tyłu, plus drogomierz, przechowywane przez pięć lat. Tamta wersja jednak przepadła i zapewne po to wraca temat. Wówczas z fotografowania wyłączono też pojazdy służb, więc radiowozy i wozy strażackie miały nie pozować. Czy ten wyjątek przetrwa do finału, dziś nie wiadomo. Między tym, co było w wersji roboczej, a zapisami samej ustawy rozciąga się cały korytarz poprawek, konsultacji i urzędniczej weny.
Zdjęcia to czubek góry lodowej
Reforma dokłada jeszcze kilka rzeczy. Dochodzi możliwość zrobienia przeglądu do 30 dni przed wyznaczoną datą bez utraty dotychczasowego terminu, czyli mała uprzejmość dla tych, którzy lubią mieć sprawę z głowy wcześniej.

Zmienia się też nadzór. Starosta ma prowadzić rejestr stacji, wydawać decyzje i nakładać kary, a przy okazji dostaje bezpośredni nadzór nad samymi badaniami oraz rejestr diagnostów, z możliwością wpisów, zawieszeń i wykreślenia uprawnień. Diagnosta przestaje być panem samym sobie, bo wyrasta nad nim papierowa drabina odpowiedzialności. Do tego dochodzą ośrodki szkolenia pod okiem dozoru technicznego i obowiązkowe kursy.
Jest też druga strona medalu, bo za jakość się płaci. Badanie osobówki kosztuje teraz 149 zł, po tym jak przez ponad dwie dekady stało w miejscu na 98 zł. W projekcie ustawy pojawia się mechanizm cyklicznej waloryzacji samej stawki oraz dodatkowa opłata karna za spóźnienie. Czyli przepisy mają dać podstawę do tego, żeby cena rosła automatycznie co roku i żeby karać za przekroczenie terminu.
Kontrola najwyższą formą zaufania
Cały ten aparat inwigilacji powstaje, bo jako zbiorowość nie umieliśmy się zachować. Gdyby nikt nie kręcił liczników i nie kupował pieczątek pod stołem, żaden urzędnik nie wymyślałby fotobudki na ścieżce diagnostycznej. Dostajemy obowiązkowe zdjęcia, bo na słowo nikt już nikomu nie wierzy. Zaufanie wymieniono na pliki w archiwum stacji.
Więc kiedy następnym razem podjedziesz na przegląd, przypudruj maskę i ustaw się elegancko po skosie. Twój samochód może już trafić na plan zdjęciowy, z którego nie ma ucieczki przez telefon do znajomego. A jego portret przeżyje niejeden twój profil w mediach społecznościowych. Planowany termin przyjęcia projektu przez Radę Ministrów to 1. kwartał 2027 r.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.