REKLAMA

Stracą prawo jazdy za "niewinność". Żenadometr przebił skalę

Kilkudziesięciu kierowców spod Tarnowa traci uprawnienia, bo właściciel szkoły nauki jazdy podrabiał papiery. Egzamin państwowy zdali, przepisów nie łamali, a i tak muszą zapłacić za cudzą nieuczciwość. Urząd rozkłada ręce, ministerstwo milczy.

Stracą prawo jazdy za „niewinność”. Żenadometr przebił skalę

W Wojniczu pod Tarnowem przez lata działała szkoła nauki jazdy, w której liczył się tylko papier, a zajęcia nie były nikomu potrzebne. Dariusz B. podrabiał podpis ratownika medycznego pod zaświadczeniami o kursie pierwszej pomocy, potwierdzał obecność na wykładach i zaliczał egzaminy wewnętrzne, które nigdy się nie odbyły. Usłyszał 359 zarzutów, przyznał się i dobrowolnie poddał karze roku więzienia w zawieszeniu oraz grzywny. Tanio jak za produkcję fikcji w skali przemysłowej.

Osobny rachunek dostali kursanci. Prokuratura skierowała do tarnowskiego starostwa 44 wnioski o cofnięcie uprawnień. Urząd wydał stosowne decyzje. 34 osoby się odwołały, osiem odpuściło, a jedna pobrała nowy profil kandydata na kierowcę i zaczęła kurs od zera. W połowie września do tamtejszego wydziału komunikacji trafiło dziewięć kolejnych wezwań z prokuratury. Według lokalnych źródeł zagrożonych może być ponad 300 byłych kursantów.

Egzamin państwowy niczego nie zmienia

Fakt zdania egzaminu najwyraźniej o niczym nie świadczy. Zgodnie z art. 23 ust. 2 ustawy o kierujących pojazdami kurs obejmuje nie tylko teorię i jazdy, ale też naukę udzielania pierwszej pomocy oraz egzamin wewnętrzny. W przypadku kategorii B są to cztery godziny lekcyjne prowadzone przez ratownika, lekarza albo pielęgniarkę. Bez tego kursant nie powinien w ogóle zostać dopuszczony do egzaminu państwowego.

Skoro zaświadczenia o ukończeniu szkolenia były fałszywe, urząd musi cofnąć własną decyzję o przyznaniu uprawnień. Art. 145 § 1 pkt 1 Kodeksu postępowania administracyjnego mówi: postępowanie wznawia się, gdy dowody, na których podstawie ustalono istotne dla sprawy okoliczności, były podrobione. Zdany egzamin w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego nie ma tu żadnego znaczenia, bo formalnie nie powinno go być.

NSA już to przerabiał i był nieugięty

Kilka lat temu identyczna lawina przeszła przez Śląsk. Wtedy po skazaniu właściciela tamtejszej szkoły uchylono decyzje blisko 200 kursantom. Rzecznik Praw Obywatelskich przekonywał, że ludzi trzeba było najpierw wezwać do uzupełnienia szkolenia. Naczelny Sąd Administracyjny oddalał jednak kolejne skargi.

NSA uznał, że brak zaświadczenia o ukończeniu kursu nie jest brakiem formalnym, tylko warunkiem dopuszczenia do egzaminu. Logicznie trudno się przyczepić. Życiowo to uzasadnienie, po którym chce się wyjść z sali i pociągnąć z termosu kilka dobrych łyków melisy.

A gdzie był nadzór?

Art. 44 ust. 1 ustawy o kierujących pojazdami nakazuje staroście kontrolować ośrodek szkolenia kierowców co najmniej raz w roku, a także wtedy, gdy analiza zdawalności albo skargi wskazują na nieprawidłowy przebieg szkolenia. Ośrodek w Wojniczu podlegał staroście tarnowskiemu i był ponoć kontrolowany. Żadnych nieprawidłowości wówczas nie wykryto.

Starosta Jacek Hudyma tłumaczy to brakiem ludzi przygotowanych do wychwytywania takich rzeczy. Wychodzi więc na to, że ten sam urząd, który nie zauważył fikcyjnych kursów, teraz wykonuje decyzje odbierające uprawnienia osobom, które w te kursy uwierzyły. Do tego przygotowani są w sam raz.

Sprawiedliwie trzeba dodać, że starostwo wystąpiło do Ministerstwa Sprawiedliwości i Ministerstwa Infrastruktury o zmianę przepisów, żeby zamiast cofania uprawnień można było kazać ludziom uzupełnić brakujące szkolenie z pierwszej pomocy i zdać egzamin wewnętrzny. Odpowiedzi do tej pory nie ma.

Kursanci też nie są kryształowi

Łatwo zrobić z kursantów wyłącznie ofiary i emocjonalnie to nawet działa. Tylko że część z nich musiała widzieć, że coś jest nie tak. Jedna z kobiet twierdzi, że nie wiedziała, iż pierwsza pomoc jest obowiązkowym elementem kursu, a gdy zapytała o brak wykładów, usłyszała, że jest covid i ma przygotować się sama. Trudno wymagać od kandydata na kierowcę, żeby audytował ośrodek wpisany do rejestru prowadzonego przez starostę. Po to w końcu ten rejestr jest.

Z drugiej strony ta sama osoba mówiła w czerwcu, że podrobiono podpis ratownika oraz jej własny, a spornych dokumentów nigdy nie widziała na oczy.

Zabawne w tym wszystkim jest też to, że pytania o pierwszą pomoc pojawiają się przecież w teście państwowym. Ci ludzie na nie odpowiedzieli i zdali. Teraz państwo uznało, że nie umieją, mimo że wcześniej samo ich sprawdziło i zaliczyło egzaminy.

Głupotometr poza skalą

Mamy więc komplet. Przedsiębiorcę, który sprzedawał powietrze. Kursantów, którzy woleli w to powietrze wierzyć. Urząd, który nie kontrolował, a teraz karze. I przepisy, w których jedyną reakcją organu na cudze oszustwo jest odebranie uprawnień niewinnym ludziom.

A wystarczyłby przepis pozwalający uzupełnić brakujące zajęcia. Tyle że nikt nie ma w tym interesu, a system egzaminowania kierowców działa według zasady „zapłać jeszcze raz”.

Kursanci z Wojnicza mogą jeszcze pójść do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Wtedy do zapadnięcia prawomocnego wyroku wolno im prowadzić auta. Niemniej wnioskując po dotychczasowym orzecznictwie NSA w bliźniaczej sprawie, to raczej odroczenie niż nadzieja.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.