Dealer oddaje pieniądze. Sąd: nie kłamiemy o zasięgu

Przełomowy wyrok sądu wskazuje, że wbrew temu, co się mówi, zasięg samochodu elektrycznego powinien być jasno określony i zbliżony do obietnic. Inaczej klient może oddać samochód i żądać zwrotu pieniędzy. W końcu ktoś się za to wziął.

Dealer oddaje pieniądze. Sąd: nie kłamiemy o zasięgu

Lubię mówić, że zasięg samochodu elektrycznego to spektrum. Nie ma jednej odpowiedzi na to, ile na jednym ładowaniu przejedzie samochód elektryczny.

Zasięg zależy od wielu zmiennych - temperatury, wiatru, drogi, stylu jazdy, a nawet od tak prozaicznych rzeczy jak korzystanie z ogrzewania bądź klimatyzacji. Zbliżenie się w realnym życiu do zasięgów deklarowanych przez producenta jest praktycznie niemożliwe, wie to każdy, kto zacznie jeździć samochodami elektrycznymi.

Wraz z rozwojem technologii zasięgi robią się coraz większe, więc ewentualne różnice nie robią już tak dotkliwe. Sam jednak nadal pamiętam jak drżałem o zasięg, gdy wracałem Renault 4 z Lublina do Warszawy pod wiatr.

Mój biedny samochodzik zużywał tyle prądu, że dojechałem na styk. Po wszystkim wzruszyłem ramionami, bo rozumiem pewne wady, które ma technologia samochodów elektrycznych i wiem, że te wady nie mogą przesłonić zalet.

Jednak w Niemczech pewien klient niezadowolony ze swojego zasięgu poszedł do sądu i ku zdumieniu wszystkich wygrał. Nadchodzą ciężkie czasy dla dealerów samochodowych.

Sąd: zasięg samochodu elektrycznego to nie wróżenie z fusów. Musi odpowiadać rzeczywistości.

Jak podaje serwis Elektro-Auto News, pewien klient kupił Peugeota e-2008 GT, którego deklarowany zasięg miał mieścić się w przedziale 332-341 km. Użytkownik nie dawał rady osiągnąć takiego wyniku, więc podał dealera do sądu, żądając zwrotu pieniędzy, bo samochód nie spełniał parametrów technicznych określonych w specyfikacji.

Kupujący twierdził, że jeździł samochodem przez 90% czasu w obszarach miejskich (średnia prędkość od 33 do 37 km/h), a jego zasięg oscylował w okolicy 160 kilometrów. Zwrócił się zatem do dealera z prośbą o usunięcie usterki.

Dealer nie znalazł jednak żadnej usterki. W związku z tym powód odstąpił od umowy kupna. Dealer nie zgodził się na to, więc użytkownik poszedł do sądu.

Peugeot E-2008

Sąd powołał biegłego, który oszacował zasięg według procedur WLTP. Wyszło mu 282 kilometry, czyli o 18 proc. mniej niż obiecywała broszura reklamowa. Dalej było jeszcze lepiej.

Biegły oszacował, że roczna degradacja akumulatora dla tego modelu i przy zwyczajach użytkownika powinna wynosić około 2,5 proc., więc po trzech latach zasięg powinien się różnić od deklarowanego o 7,5 proc. Różnica o 18 proc. jest więc niedopuszczalna.

W ocenie sądu deklaracja zasięgu nie jest marketingowym chwytem, tylko realną częścią specyfikacji, która ma wpływ na wybór samochodu przez kupującego. Teraz dealer musi oddać kupującemu 34 tysiące euro plus odsetki.

Co ciekawe, w Niemczech to coraz powszechniejsze sprawy sądowe. Wszystko dlatego, że jakiś czas temu Federalny Trybunał Sprawiedliwości, czyli najwyższy sąd w tym kraju, uznał, że spalanie w samochodzie spalinowym wyższe o 10 proc. niż dane pokazane przez producenta, stanowi wadę, która upoważnia do żądania zwrotu pieniędzy. Po prostu klienci nie decydują się na skorzystanie z tego prawa, bo przywykliśmy do wyższego spalania.

W Niemczech takie pozwy zaczynają być codziennością. Przeczytałem o kliencie, który pozwał dealera Porsche, bo jego Taycan 4 Cross Turismo nie osiąga deklarowanego zasięgu, różnica ma wynosić około 35 proc., więc sprawa jest praktycznie przesądzona.

Inny użytkownik próbuje zwrócić Opla Corsa-E, który przejeżdża zaledwie 160 km, zamiast 336 km. Podobne sprawy dotyczą innych producentów.

Jest to dosyć szokujące

Przez lata wmawiano nam, że zasięg to spektrum, że broszura z danymi to tylko sprawy orientacyjne i że mniejszy zasięg niż deklarowany to nie problem. W Niemczech już pękły bariery, więc lada moment sądy mogą zostać zalane sprawami o zwrot samochodu elektrycznego.

A w Polsce? U nas na razie w tym zakresie jest jak w lesie, ale mamy prężnie działający Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, więc kto wie, co przyniesie przyszłość.

Paweł Grabowski
Redaktor

Dziennikarz Autoblog.pl. Poprzednio pisał dla serwisu Bezprawnik.pl, dla którego stworzył ponad 200 tekstów. Od 10 lat zajmuje się również kontrolą jednostek samorządowych, ale od zawsze jego marzeniem było pisać na tematy motoryzacyjne. Do redakcji dołączył w październiku 2020 r. Specjalizuje się w zdjęciach szpiegowskich, wizualizacjach, modelach marki BMW oraz zmianach w prawie, które bezpośrednio wpływają na motoryzacyjny świat. Obudzony w nocy potrafi wymienić zalety poszczególnych silników niemieckiej marki. Potrafi wydobyć z czeluści internetu informację na dowolny temat. Jeździ ostatnim klasycznym BMW, ale nocami marzy o BMW X6.