Wpompowali miliony w bezpieczeństwo. Nie dotyczy motocyklistów
Ponad 126 mln zł z KPO, 128 nowych urządzeń, kamery liczące włosy w brodzie. A wystarczy wsiąść na motocykl, żeby cały ten misternie utkany system stał się dla ciebie przydrożną dekoracją.

Jest w polskim systemie automatycznego nadzoru nad ruchem pewna elegancka symetria. Z jednej strony mamy najnowocześniejszy sprzęt, jaki da się kupić za unijne pieniądze. Z drugiej – grupę kierujących, której ten sprzęt nie dotyczy, i to nie z powodu jakiejś luki, którą ktoś przeoczył, tylko dlatego, że tak po prostu jest. Od zawsze. I nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
Przypomnijmy liczby, bo mają tu znaczenie. Rozbudowa CANARD w ramach KPO to przedsięwzięcie warte przeszło 126 milionów zł. Za te pieniądze do sieci trafia 128 stacjonarnych urządzeń rejestrujących: 43 odcinkowe pomiary prędkości, 70 fotoradarów, 10 systemów kontroli przejazdu na czerwonym świetle i 5 na przejazdach kolejowych. Całość ma być gotowa do końca sierpnia 2026 r. Słowem – grubo ponad sto milionów i ponad sto nowych punktów, dokładnie jak zapowiadano.

Sprzęt jest przy tym z najwyższej półki. Nowe fotoradary punktowe to TraffiStary SR390, które potrafią obsłużyć do sześciu pasów ruchu naraz, namierzyć równocześnie nawet 32 pojazdy i odczytać tablice z dokładnością przekraczającą 98 proc. – w dzień i w nocy. Metafora o liczeniu włosów w brodzie nie jest tu szczególną hiperbolą.
Strachy na lachy
Z okazji całej tej „imprezy” internet ponownie zalewają domysły, fejkowe informacje, zapowiedzi niejasnego pochodzenia, a nawet wyssane z buta relacje, jak to ktoś właśnie dostał zdjęcie i mandat. Dlatego postanowiłem zapytać u źródła, jak ten imponujący system radzi sobie z motocyklistami. Kontakt telefoniczny nie był szczególnie owocny. Dowiedziałem się, że „To jest numer rzecznika, ale rzecznika nie ma. Proszę się kontaktować mailowo”. Krótka piłka. No to napisałem.
Odpowiedź GITD na moje zapytanie przyszła po tygodniu i była rozbrajająco szczera. Cytuję w całości:
Identyfikacja pojazdu, którym popełniono wykroczenie, dokonywana jest przez system opp na podstawie zdjęcia jego przedniej tablicy rejestracyjnej. Tym samym CANARD nie prowadzi czynności wyjaśniających w sprawach wykroczeń popełnionych przez motocyklistów, gdyż motocykle nie posiadają tablicy rejestracyjnej z przodu i ustalenie ich właściciela na podstawie zdjęcia nie jest możliwe.
Jeszcze raz – powoli. Najnowocześniejszy, wart grubo ponad 100 milionów system nadzoru nie obejmuje motocyklistów, bo robi zdjęcie od przodu, a motocykl nie ma tam tablicy. Tyle. Nie ma żadnego haczyka ani drobnego druczku. Jest prawo i urzędniczy fatalizm.
Tylko… to nie jest też wiedza tajemna ani świeże odkrycie. O tym, że jednoślady prześlizgują się obok fotoradarów, bo brak im przedniej blachy, mówi się już od co najmniej 18 lat, kiedy to powoływano do życia automatyczne centrum nadzoru. Od tamtej pory zmieniły się rządy, taryfikatory, technologie i pokolenia kamer. Nie zmieniło się jedno: zdjęcie nadal robione jest od przodu. Mijają prawie dwie dekady, a motocyklista wciąż może machać do obiektywu z czystym sumieniem.
Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 2024 r. w sprawie rejestracji i oznaczania pojazdów mówi wprost: na motocyklu, motorowerze i czterokołowcu tablicę umieszcza się z tyłu pojazdu. Państwo własnym rozporządzeniem przesądza, że motocykl tablicy z przodu mieć nie będzie (co akurat mnie cieszy). Problem w tym, że to samo państwo następnie kupuje za unijne miliony urządzenia, które fotografują wyłącznie przód. Lewa ręka nie wie, co robi prawa.

Branżowe portale od lat zapowiadają, że „już niedługo” pojawią się fotoradary z drugą kamerą czytającą tylną tablicę i „skończy się bezkarność motocyklistów”. Takie nagłówki wracają cyklicznie od kilkunastu lat, a ostatni szczyt popularności przeżywały w 2022 roku, przy okazji rządowego projektu uszczelniającego system. Tyle że projekt to nie ustawa, a deklaracja to nie kamera.
A jeśli nie teraz, to kiedy?
Czyja to robota?
To nie jest zresztą jedyna wątpliwość w związku z tą „wielką naprawą systemu”, jaka mi się nasuwa. Równolegle resort infrastruktury i GITD chcą przerzucić część ciężaru z urzędu na właściciela pojazdu. Dziś, gdy właściciel nie wskaże kierującego, postępowanie często grzęźnie, a sprawa przedawnia się po roku. Projekt zakłada więc, że wskazanie będzie skuteczne dopiero wtedy, gdy właściciel poda pełne dane kierowcy, a ten potwierdzi, że faktycznie prowadził.
Ciekawi mnie, jak na przykład ja jako zwykły obywatel mam zweryfikować autentyczność i poprawność danych kierującego. I co w przypadku, kiedy przekażę takie dane, ale okażą się one nieprawdziwe? Może do udostępnienia pojazdu obowiązkowe będzie wykonanie i przechowywanie zdjęcia dowodu tożsamości kierowcy? Tylko co z prywatnością i bezpieczeństwem takich danych? Zastrzeżeń można by tu wyliczać dużo, dużo więcej. Nowe przepisy jeszcze nie weszły, a już można je z łatwością rozmontować.
Zapowiada się… jak zwykle.
Ma też powstać wykaz pojazdów, którymi popełniono naruszenia bez ukarania sprawcy. Brzmi to jak domknięcie (a przynajmniej próba domknięcia) wszystkich furtek. Tyle że każda z tych zmian zaczyna się od pierwszego, podstawowego kroku: ustalenia, do kogo należy pojazd ze zdjęcia. A żeby ustalić właściciela, system musi najpierw odczytać tablicę. Przy motocyklu fotografowanym od przodu nie ma czego odczytać, więc nie ma czego wpisać do wykazu, komu zatrzymać dowodu rejestracyjnego ani od kogo żądać wskazania kierującego. Cała ta misterna konstrukcja prawna rusza dopiero od momentu, w którym jednoślad i tak już z niej wypadł.
Rozumiem argument, że motocykliści to ułamek ruchu i że automat ma łapać masę, a nie pojedyncze przypadki. Tylko że cały projekt sprzedano nam pod hasłem poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, a niedostosowanie prędkości to jedna z głównych przyczyn śmiertelnych wypadków z udziałem jednośladów. Jeśli wydaje się ponad 126 mln zł na to, by kierujący zwalniali, a potem z góry wyłącza się z tego całą grupę poruszającą się pojazdami o najgorszych statystykach przeżywalności i stosunkowo największym odsetku przekroczeń tejże prędkości, to gdzieś po drodze gubi się logika tytułowego „bezpieczeństwa”.
Wszyscy wiemy, jak jest
Sam jestem motocyklistą i oczywiście zawsze jeżdżę przepisowo. Pisząc to wszystko, w gruncie rzeczy dopytuję o potencjalny bat na własne cztery litery – gdyby system kiedyś faktycznie zaczął czytać tylne tablice, musiałbym jeździć jeszcze bardziej przepisowo, jak każdy inny. Ale jako wzorowy użytkownik dróg i przykładny kierowca przestrzegający każdego znaku, nie mam się o co martwić.
Z drugiej strony doskonale wiem, jak wygląda statystyczna „lotka” jednośladem. Wiem, jakie podejście do przepisów mają chłopaki w trampkach, dżinsach i bluzach „Killing Streets” czy „Lubię Z…ć”. Wiem też, co się dzieje z ciałem przy kontakcie z barierą albo asfaltem z prędkością, przy której kierowca auta co najwyżej wymienia zderzak, lampę i może błotnik. Dlatego nie będę bronić tezy, że akurat motocyklista powinien zostać z automatu zwolniony z konsekwencji, skoro z jednej strony ryzykuje najwięcej, a z drugiej „spieszy się” najczęściej.

Mogę sobie poutyskiwać, bo nie mam złudzeń, że taki tekst w takim miejscu cokolwiek zmieni. Nie zwoła komisji, nie dopisze drugiej kamery do specyfikacji przetargu, nie przepisze żadnej ustawy. To raczej komentarz i temat do rozmów – z gatunku tych, które dobrze toczy się przy kawie na parkingu. Bo można jednocześnie kpić z dziurawego systemu i przyznawać, że gdyby działał, byłoby bezpieczniej. Te dwie rzeczy wcale się nie wykluczają.
Nie chodzi mi nawet o to, by ścigać motocyklistów ze szczególną zawziętością. Chodzi o to, że za publiczne pieniądze zbudowano system, który z definicji nas nie widzi – i wszyscy o tym wiedzą, łącznie z instytucją, która go projektowała, zamawiała i obsługuje. Wpompowaliśmy setki milionów w kamery, które policzą ci wypryski na nosie, pod warunkiem że jedziesz czymś z tablicą z przodu. Jeśli jej nie masz, dla systemu jesteś Predatorem.



















