Skonfigurowałem Maserati moich marzeń. Cena: priv
Skonfigurowałem właśnie Maserati moich marzeń. Bo czemu nie? Wybrałem moc, felgi, dobrałem kolor zacisków. Kliknąłem „dalej”. I czego się dowiedziałem o cenie? Dokładnie tyle, co przed wejściem na stronę – czyli nic.

Pierwsze wrażenie możesz zrobić tylko raz. Włosi najwyraźniej nie mają odpowiednika tego powiedzenia. Wchodzę na stronę Maserati i owo pierwsze wrażenie już od progu jest lodowate. Otwierałem polski konfigurator luksusowej marki ze stajni Stellantis, spodziewając się – nie wiem – jakiegoś interaktywnego cuda, obrotowego auta w 4K, dźwięku silnika Nettuno dudniącego w słuchawkach.
A co dostałem? Okno, które wygląda jak projekt zaliczeniowy na informatykę w liceum, ewentualnie pierwsza wersja aplikacji inPostu – datowana na rok 2006. Lista modeli, zdjęcie, przycisk „Stwórz własne”. Tyle.

Marka, która sprzedaje emocje za setki tysięcy złotych, postawiła na estetykę formularza z urzędu skarbowego, pisanego jeszcze w php. Klikam GRANTURISMO, rozwija się tabelka: ilość (sic!) i układ cylindrów, pojemność, przyspieszenie, moc, napęd. Suche jak Cantuccini po tygodniu na słońcu.
Gdzieś tam jest jeszcze rozkładana lista „Standard Equipment”, w którą wepchane jest dosłownie wszystko – łącznie z homologacją dla Irlandii Północnej i informacją, że masz „GSR Step 1 Removal (Great Britain)”. Bardzo to przydatne, zwłaszcza że nawet po wyborze Polski jakieś 90 procent treści zostaje po angielsku.
Ale to wszystko pikuś
Zaczynam konfigurację. Kolor nadwozia – nie ma ceny. Felgi – nie ma ceny. Zaciski hamulcowe (bo przecież biorę czerwone jak prawdziwy mężczyzna) – też nie ma ceny. Przechodzę przez cały proces, dorzucam tapicerkę, pakiety, wykończenia. „Moje” piękne Maserati pręży się na ekranie. I co? I nic. Total price: <blank>. W zamian żółciuchny przycisk MORE INFO, a pod nim formularz do zostawienia danych.

No tak, bo przyszedłem po Maserati. A jak się przychodzi po Maserati, to się nie pyta o cenę. To byłoby nietaktowne. Plebejskie.
Amerykańska wersja jest jeszcze bardziej szczera: kiedy konsultanci są niedostępni, wita cię komunikat w stylu „zostaw swoje dane, oddzwonimy”. Jak randka w ciemno, na której od razu prosisz o numer telefonu.
Maserati nie chce, żebym kupił auto. Maserati chce, żebym zostawił namiar. A potem zadzwoni do mnie miły pan z salonu (jednego, bo tyle ich jest w Polsce) i znad kieliszka prosecco uprzejmie wytłumaczy mi, dlaczego „moje” auto kosztuje tyle co przyzwoite mieszkanie.

Co nam to mówi o luksusie? Że luksus to dzisiaj nie produkt, tylko procedura. Ma być trudno, bo im trudniej coś kupić, tym bardziej ekskluzywne się wydaje.
Druga strona obłędu
A co tam u konkurencji? Dokładnie odwrotnie, ale równie absurdalnie. Konfigurator Tesli to konfigurator, w którym nie ma czego konfigurować.
Wchodzę w Model 3, wybieram wersję, potem kolor – czarny, szary albo biały. Dalej felgi: są albo nie ma. Wnętrze? Do wyboru czarne i czarne. I to właściwie tyle. Po trzech kliknięciach jest po robocie. Wybór nie rozpieszcza, ale za to na końcu – uwaga – widać cenę. Konkretną, w złotówkach, z dokładnością do dziesiątek. I uroczy przycisk „Zamów Kartą”.

W Modelu Y jest lepiej – mogę wybrać jeszcze kolor Coastal Blue i przebierać z szerokiego wachlarza dwóch modeli felg. Z ciekawych dodatków materac dmuchany i podświetlane progi.
Trochę jak dwa bieguny tej samej choroby. Maserati pozwala wybrać wszystko, ale nie powie, ile to kosztuje. Tesla mówi dokładnie, ile co kosztuje, ale nie pozwoli wybrać prawie niczego. Mam wrażenie, że jedni traktują mnie jak arystokratę, którego nie wypada urazić rachunkiem, a drudzy jak użytkownika aplikacji, który ma kliknąć „kup teraz” i nie zawracać głowy.
A ja po prostu chciałbym wiedzieć, jak to auto wygląda w moim ulubionym kolorze i ile będę musiał za nie zapłacić. Pozornie banalne. Najwyraźniej dla branży motoryzacyjnej – za trudne.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.