REKLAMA

Możesz zgłosić nieprzepisowy próg spowalniający. Sprawdziliśmy, czy warto

W lipcowym zalewie interpelacji poseł Dowhan zapytał ministra infrastruktury o „leżących policjantów”. Resort odpisał, że próg zwalniający to środek ostateczny. Media zrobiły z tego zapowiedź wielkiego porządkowania i dorzuciły metry, których w odpowiedzi w ogóle nie ma.

Możesz zgłosić nieprzepisowy próg spowalniający. Sprawdziliśmy, czy warto

Robert Dowhan z Koalicji Obywatelskiej złożył w lipcu interpelację numer 18432. Napisał w niej, że progi to „kolejny wymysł i absurd komunikacyjny”, a przejazd przez nie graniczy z cudem. Zapytał też, kto pokrywa koszty ewentualnego uszkodzenia samochodu i czy ktoś w ogóle pomyślał o karetkach.

Niestety trzeba mu odpisywać

16 września odpisał mu Stanisław Bukowiec, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury. Odpowiedź ma cztery strony i jest znacznie ciekawsza niż nagłówki, które z niej zrobiono. Chociaż o nich też jest co pisać.

Sedno odpowiedzi brzmi: „Montaż progów zwalniających nie może być traktowany jako rozwiązanie standardowe ani stosowane w pierwszej kolejności”. Zarządca drogi ma najpierw wyczerpać pozostałe środki, czyli oznakowanie, zmianę organizacji ruchu, geometrię jezdni, zwężenia czy wyniesione przejścia i wyspy. Dopiero gdy wykaże, że żadne z nich nie zadziałało, może sięgnąć po próg.

I tyle. Nie ma żadnej zapowiedzi likwidacji. Mało tego, kilka akapitów dalej ten sam dokument mówi, że według Ministerstwa Infrastruktury progi „pozostają jednym z najbardziej skutecznych narzędzi” ograniczania prędkości w okolicach szkół, przedszkoli i osiedli.

Na końcu stoi wprost, że nie są prowadzone i nie są planowane prace nad wyeliminowaniem progów z katalogu urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Czyli nie będzie wielkiego sprzątania. Bukowiec powtórzył treść rozporządzenia i dopisał, że resort nie zamierza go w tej części ruszać.

A słyszeli Państwo o nowelizacjach?

Najciekawsze jest to, czego w odpowiedzi nie ma. Odpowiedź mówi dość ogólnie, że progi nie mogą stać „w bezpośrednim sąsiedztwie” przejść, skrzyżowań, przejazdów i obiektów mostowych. Nie pada tam ani jedna liczba. Tymczasem media, które sprawę opisały, podały konkretne odległości: 40 metrów od skrzyżowania i 30 od przejścia dla pieszych. I zachęciły kierowców, żeby zgłaszali progi niespełniające tych wymogów.

Tylko że obie te liczby były prawdziwe do 1 grudnia 2021 roku. Dzień później weszła w życie nowelizacja z 12 października 2021 roku, która przepisała punkt 8.1 załącznika numer 4 na nowo.

W nowym brzmieniu zastrzeżenia o 40 metrach od skrzyżowania ulic lub dróg nie ma. Natomiast od przejścia dla pieszych jest 10 metrów, nie 30. A 40 i 60 metrów to dziś odległości maksymalne i dotyczą łuku drogi oraz obiektu wymuszającego zwolnienie.

Sama nowelizacja poszła zresztą w odwrotną stronę, niż sugerują nagłówki. Ze starej listy zniknął choćby zakaz stawiania progów na drogach krajowych i wojewódzkich oraz na ulicach głównych, a klasa główna (G) trafiła do katalogu dopuszczonych „w wyjątkowych przypadkach”. Zatem przepisów nie tylko nie zaostrzono, ale wręcz je poluzowano.

Stare liczby, które nie chcą umrzeć

Wszystkiemu winny jest krążący w internecie nieaktualny dokument. W wyszukiwarce łatwo trafić na tekst jednolity rozporządzenia ogłoszony w 2019 roku, który nie uwzględnia późniejszych nowelizacji, w tym tej z 2021 roku. I właśnie do tego pliku odwołuje się większość.

Efekty widać wszędzie. Poradnik jednego z ubezpieczycieli, opublikowany miesiąc po wejściu zmiany i aktualizowany w lipcu 2025 roku, wciąż podaje 40 metrów od skrzyżowania i 30 od przejścia, a do tego przywołuje zakaz stawiania progów na drogach wojewódzkich i krajowych. Trzy nieaktualne informacje w jednym akapicie w tekście, który ma pomagać kierowcom w dochodzeniu odszkodowań.

Te same nieaktualne liczby – dwa lata po zmianie przepisów – powtórzył inny serwis, dorzucając, że progi nie mogą stać na drogach głównych. Tekst podpisał autor, który w nocie redakcyjnej pisze, że od ponad dwudziestu lat zajmuje się tematyką motoryzacyjną ze szczególnym uwzględnieniem prawa drogowego. Jeśli to nie jest przykład chaosu informacyjnego powodowanego przez szatkowanie i rozdrabnianie prawa, to nie wiem, co nim jest.

Tak wygląda wolna amerykanka, o której pisaliśmy już dobrych kilka lat wstecz, tyle że od drugiej strony. Nie chodzi już o to, czy progi montowane są zgodnie z przepisami. Obecnie, jak się okazuje, mało kto wie, jak te przepisy faktycznie brzmią.

A co z uszkodzonym zawieszeniem?

Na pytanie Dowhana o pieniądze resort odpowiada ostrożnie i w sumie uczciwie. Prawidłowo zaprojektowany, wykonany, utrzymany i oznakowany próg nie powinien uszkodzić auta jadącego z prędkością, dla której go zaprojektowano. Ale jeśli jest niezgodny z zatwierdzoną organizacją ruchu, wadliwie wykonany, źle utrzymany albo źle oznakowany, można dochodzić odszkodowania od zarządcy drogi na zasadach kodeksu cywilnego.

Odpowiedzialność nie bierze się z samego istnienia progu. Bierze się z partactwa. Warto to zapamiętać, bo akurat partactwo to jedna z tych dyscyplin, w których państwo polskie okupuje niechlubną czołówkę stawki.

Przepis, który miał umrzeć w niedzielę

Jest jeszcze jeden wątek, o którym w odpowiedzi nie ma ani słowa. Całe rozporządzenie z 2003 roku miało stracić moc w ubiegłą niedzielę, 20 września 2026 roku. Tak zakładały przepisy przejściowe. Co więcej, Ministerstwo jeszcze w 2025 r. potwierdzało ten termin. Jednak już w lutym przyznało, że nowego aktu nie zdąży przygotować na czas.

Zamiast tego 29 maja przyjęto ustawę, która m.in. przesunęła ten termin artykułem 8. I tak nowe przepisy muszą powstać nie do 20 września 2026 roku, ale do 31 grudnia 2028 roku. Wielka zmiana została więc odłożona o ponad dwa lata. Do tego czasu o progach nadal decydują starości i prezydenci miast, marszałkowie województw i GDDKiA.

Poseł Dowhan chciał dowiedzieć się, kto zapłaci za jego zawieszenie. Dowiedział się, że będzie to on sam, chyba że próg jest zrobiony źle. Reszta Polski dowiedziała się z nagłówków, że rząd likwiduje progi, czego w odpowiedzi ministerstwa nie ma. A ja się dowiedziałem, że przepisy istnieją i są dość konkretne, tylko prawie nikt nie czyta ich w aktualnej wersji.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.