Miało być taniej niż w Polsce. Sprawdziłem niemieckie ceny opon: zonk
Wystarczą dwa zrzuty ekranu obok siebie z tą samą oponą i dwa cenniki Oponeo – polski i niemiecki. W taki oto prosty sposób w ciągu kilku minut pcha się w internet gotową teorię o wyzysku Polaków. Rachunek rzeczywiście wychodzi na naszą niekorzyść. Nie płacimy za opony więcej od Niemców.

Mechanizm jest banalny w swojej powtarzalności. Jakiś domorosły detektyw otwiera polską i niemiecką wersję tego samego sklepu, robi dwa zrzuty, skleja je w jeden obrazek i dopisuje coś o tym, że Niemiec „zarabia mniej, więc mniej płaci”, mrug. Tym razem światła reflektorów padły na całoroczną oponę Goodyear Vector All Season 4 w rozmiarze 235/55 R19 105 W XL.
Zacznijmy od tego, że w samej arytmetyce autor zrzutów ma rację. Dziś na polskiej stronie ta opona kosztuje 752 zł za sztukę, na niemieckiej 151 euro. Po kursie NBP z 27 października, czyli 4,4056 zł za euro, wychodzi 665,25 zł. Różnica na sztuce to 86,75 zł, na komplecie czterech sztuk 347 zł. Niemiec płaci mniej i nie ma co udawać, że jest inaczej.
Problem zaczyna się tam, gdzie z jednego rozmiaru opony robi się diagnoza całej gospodarki.





Co siedzi pod tymi cenami?
Pierwsza rysa jest najprostsza i zarazem najbardziej bolesna: zrzut ekranu już się zdezaktualizował. W chwili robienia zdjęcia polska cena wynosiła 794 zł, a niemiecka 151 euro. Dziś jest 752 zł i 151 euro. Polska cena spadła o 42 zł, czyli o ok. 6 proc., w czasie krótszym niż żywotność niejednego posta. Cennik sklepu internetowego to nie kamienna tablica z przykazaniami, tylko arkusz, który potrafi się zmienić, zanim ktoś zdąży wrzucić obrazek na grupę.
Druga rzecz to podatek. Polska stawka podstawowa VAT to 23 procent, niemiecka 19. Po oczyszczeniu obu cen z podatku różnica topnieje poniżej 10 proc., bo sam podatek odpowiada za 3,4 punktu procentowego. Akurat na ten składnik rachunku żaden ze sklepów nie ma wpływu.
Trzecia rzecz, która najwidoczniej umknęła (albo miała umknąć) detektywowi, to gwarancja. Na polskiej stronie jest to 5 lat od daty produkcji, co oznacza, że nawet przy zakupie sztuk z zeszłego roku zostają jeszcze cztery lata. Niemiecka strona mówi „2 Jahre ab Kaufdatum”, a więc dwa lata od daty zakupu. To istotna różnica.





Ostatnia kwestia jest najzabawniejsza. Wystarczyło bowiem zjechać na tej samej karcie produktu kilka centymetrów niżej, do listy wariantów. Ta sama opona, ten sam rozmiar, tylko indeks prędkości T zamiast W – w Polsce 640 zł, w cenniku niemieckim 146 euro, czyli 643,22 zł. Jeden scroll dalej i cała teza o systemowym ucisku planowym dojeniu Polaków sypie się jak domek z kart.
Dalej jest już tylko proza handlu
Katalogowe 1310 zł, które tak efektownie wygląda na polskiej stronie, nie jest żadną ceną sklepową i oponeo mówi to wprost: to kalkulacja między producentem a dystrybutorem, nie cena sprzedaży dla konsumenta. To zabieg, który ma skłonić wahających się do zakupu potencjalnymi oszczędnościami.
Zostaje jeszcze ten dopisek o zarobkach. Można oczywiście uważać, że polskie ceny są za wysokie w stosunku do naszych portfeli, i jest to teza warta rozmowy. Tylko że dowodem na nią nie jest jedna opona w jednym rozmiarze w jednym sklepie w jednym dniu.
Post zebrał spore zasięgi, ale pod nim stało się coś, co zdarza się rzadziej, niż byśmy chcieli: komentujący rozebrali go na części szybciej, niż autor zdążył odpowiadać. Padł VAT, padła uwaga o cenie katalogowej, ktoś wkleił tańszy wariant z tej samej strony, ktoś inny przypomniał o kursie euro i ryzyku kursowym. Internet bywa więc samoregulujący, zwłaszcza w tematach, które łatwo da się policzyć.
Ten sam obrazek podchwyciły zresztą tego samego dnia polskie serwisy, z nagłówkiem o tysiącu złotych różnicy. Liczba jest prawdziwa dla jednego, starannie wybranego wariantu. Dla innego nagłówek musiałby brzmieć, że w Polsce jest taniej, tylko że takiego nikt nie kliknie.
Opony to towar o cenie zmiennej jak pogoda, kupowany raz na kilka lat, dostępny w kilku odmianach, w sklepie prowadzącym naraz cenniki kilkunastu krajów. Przed ogłoszeniem spisku warto sprawdzić sąsiedni wiersz tabeli. Albo chociaż policzyć, ile naprawdę kosztuje montaż u wulkanizatora, bo tam rozrzut między Kędzierzynem a Warszawą bywa procentowo większy niż ten po dwóch stronach Odry.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.