REKLAMA

Rewolucja dla młodych kierowców. Wybiła godzina hamowania

Od 4 września młody kierowca, który uzbiera 12 punktów karnych w okresie próbnym, dostanie rachunek na 500 zł i godzinę na płycie poślizgowej. Ćwiczenie polega na rozpędzaniu auta aż do utraty panowania. Serio.

Rewolucja dla młodych kierowców. Wybiła godzina hamowania

Godzina. Tyle świeżo upieczony kierowca dostanie za pięć stówek, żeby dowiedzieć się rzeczy, którą teoretycznie powinien wiedzieć od momentu odebrania prawa jazdy: że rozpędzony samochód nie zatrzymuje się tam, gdzie sobie tego zażyczy.

4 września wchodzi w życie nowe rozporządzenie Ministra Infrastruktury w sprawie praktycznego szkolenia w zakresie zagrożeń w ruchu drogowym. Kwota za tę lekcję pokory jest sztywna: 500 zł.

Obowiązek dotyczy jednak tych, którzy w okresie próbnym przekroczą 12 punktów karnych. Okres próbny trwa dwa lata dla dorosłych, a dla siedemnastolatków nawet trzy, ale nie dłużej niż do dwudziestych urodzin.

Trzeba więc spełnić dwa warunki naraz: być w okresie próbnym i w tym czasie nabroić na 12 oczek. Samo świeże prawo jazdy w portfelu nikogo na płytę poślizgową nie wysyła.

Płyta poślizgowa? A co to?

Program czyta się niemal jak scenariusz szkolenia kaskaderów do filmu z okrojonym budżetem. Najpierw hamowanie awaryjne na wprost z trzech prędkości: 30, 60 i 50 km/h. Kolejność jest dokładnie taka, nie pomyliłem się przy przepisywaniu.

Ktoś w ministerstwie najwyraźniej uznał, że najpierw rozpędzimy delikwenta do sześćdziesiątki, a potem cofniemy do pięćdziesiątki, żeby poczuł różnicę wstecz. Logika też wsteczna, ale niech będzie.

Potem jest część, na którą naprawdę warto kupić bilet. Jazda w zakręcie z hamowaniem awaryjnym – co najmniej dwa przejazdy, przy czym prędkość ma się zwiększać do momentu, w którym panowanie nad pojazdem staje się niemożliwe. Przeczytaj to jeszcze raz. Instruktor każe młokosowi rozpędzać auto w zakręcie tak długo, aż ten straci nad nim kontrolę, a dopiero wtedy hamować.

To cel dydaktyczny. Zamysł jest zdrowy: człowiek, który raz poczuł, jak tył auta zaczyna go wyprzedzać na kontrolowanej płycie, ma szansę już nigdy nie sprawdzać tego na moście nad rzeką. Taka sesja zdecydowanie otwiera oczy.

Jak nie wiadomo, o co chodzi

Na jednego instruktora przypada maksymalnie trzech kursantów, a więc atmosfera raczej kameralna. W samochodzie podczas ćwiczenia może siedzieć wyłącznie kursant, instruktor oraz, na wniosek, tłumacz języka migowego. Instruktor zresztą wcale nie musi jechać w aucie – może stać z boku i obserwować, jak jego podopieczny walczy z fizyką.

Statystyki sugerują, że rocznie na taką lekcję może trafić około 42 tys. kierowców i każdy zapłaci 500 zł za godzinę nauki. Wystarczy przemnożyć jedno przez drugie i wychodzi ponad 21 mln zł, które co roku popłynie z kieszeni młodych ludzi do jednego z 46 ośrodków doskonalenia techniki jazdy w kraju.

Wiadomo, że instruktorzy nie pracują za darmo, a woda i paliwo nie są gratis. Ale jednak wygląda to trochę tak, że najpierw wypuszczamy na drogi kierowców z minimalnym doświadczeniem praktycznym, a potem każemy im dopłacić za resztę tego doświadczenia, gdy już zdążą nazbierać punktów.

I żeby nie było, że tu tylko narzekam. Potrzeba jak najbardziej jest, bo statystyki są bezlitosne: kierowcy w wieku 18-24 lat to około 7 proc. wszystkich praw jazdy kategorii B w Polsce. A mimo to odpowiadają za mniej więcej 19 proc. sprawstwa wypadków z udziałem osobówek.

Coś z tym trzeba więc w końcu zrobić i płyta poślizgowa jako narzędzie ma sens większy niż kolejny wykład o znakach. Problem nie leży w metodzie, tylko w tym, że wjeżdża ona jako kara, a nie jako standard.

Dlaczego tak późno?

Termin też jest konkretny. Szkolenie trzeba będzie ukończyć w ciągu 12 miesięcy od naruszenia, które przelało czarę goryczy. A jeśli sprawa uprawomocni się dopiero po 9 miesiącach, od tego momentu dojdą 3. Informacja o ukończeniu powędruje do CEPiK-u, a zawiadomienie o samym obowiązku ma trafiać także do mObywatela.

A co w przypadku niedotrzymania terminu? Zgodnie z przepisami ustawy o kierujących pojazdami starosta zatrzyma prawo jazdy – od ręki, z rygorem natychmiastowej wykonalności. Dokument wróci dopiero po odbyciu szkolenia. Do tego czasu pozostaje komunikacja miejska. Państwo pamięta.

No dobrze, tylko ja chciałbym – jak zwykle – rzucić tu pytanie (a w zasadzie dwa): skoro godzina na płycie poślizgowej robi z człowieka lepszego kierowcę, to dlaczego serwujemy ją dopiero temu, kto już zdążył zebrać 12 punktów, zamiast każdemu przed wydaniem mu uprawnień do jazdy w prawdziwym ruchu? Czy taka godzina nie powinna być w takim razie częścią każdego kursu nauki jazdy?

Pięć stówek za sprawdzenie na własnej skórze, że z fizyką się nie wygra, to niewygórowana cena. Pięć stówek za spóźnioną naukę tego samego, gdy młody kierowca mógł już kogoś staranować albo sam skończyć w rowie, to zupełnie inny rachunek.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.