Kiedy kupuje się pierwszą 125 na kategorię B, człowiek zwykle myśli o wolności i o tym, że „to przecież tylko mały motocykl”. Potem siada na siodle, rusza na plac i nagle okazuje się, że mały motocykl może być dużym problemem.

„Przecież jeżdżę rowerem, odkąd potrafiłem zawiązać buta” – stwierdziłem z pewnością siebie człowieka, który właśnie ma wejść do jeziora i jeszcze nie wie, że dno jest kilkanaście metrów niżej, a przez środek idzie koryto rzeki z lodowatym prądem. Potem pojechałem na kurs bezpiecznej jazdy motocyklem.
Nie, nie stałem się nagle wzorem odpowiedzialności ani nie spłynęła na mnie cudownie łaska pokory. Pojechałem, bo żona postawiła ultimatum: albo dwie godziny z instruktorem i pachołkami albo żadnej 125 pod domem. No dobra, nie będę sobie kłótniami psuł początku nowej przygody w życiu pod tytułem „jestę motocyklistem!”. Dziś uważam, że w tamtej konkretnej chwili była najmądrzejszą osobą w promieniu kilku kilometrów. Albo przynajmniej w pokoju.
Dwa koła to dwa koła
To zdanie wypowiadane przez każdego rowerzystę przed pierwszą rundą na motocyklu powinno trafić do encyklopedii błędów poznawczych. Człowiekowi się wydaje, że 125 to taki rower, tylko bardziej. Trochę większy Komar dla dorosłych chłopców, którzy chcą poczuć wiatr we włosach i zapach świeżo rozrzuconego gnojownika w Srocku. Tymczasem pierwsze minuty na motocyklu wyglądają bardziej jak próba opanowania spanikowanej pralki przemysłowej z zerwanymi mocowaniami bębna niż romantyczna scena z filmu drogi.

Bo rower nie przygotował mnie na nic.
Na pęd powietrza – nie. Na sprzęgło – nie. Na sekwencyjne biegi – nie. Na to, że motocykl przy małej prędkości waży tyle co Magda Gessler po udanych świętach – też nie. Człowiek rusza i nagle odkrywa, że jego ciało ma trzy tryby działania:
– za sztywno,
– za nerwowo,
– matkoboskoczęstochowsko, zaraz zginiemy!
Gdzie usiąść, gdzie patrzeć, kiedy można krzyczeć?
Najgorsze jest jednak to, że początkujący motocyklista nie ma pojęcia, czego nie wie. Ja nie wiedziałem nawet, gdzie powinienem siedzieć. Serio. Zarzuciłem nogę i rozsiadłem się jak na krześle ogrodowym podczas grilla u ciotuni. Nie wiedziałem, gdzie patrzeć. Nikt wcześniej mi nie wytłumaczył, że motocykl jedzie tam, gdzie patrzysz, co oznacza, że jeśli spanikowany gapisz się w krawężnik, to ten krawężnik zmienia się w syrenę, a ty w wabionego jej głosem marynarza. Patrzysz na krawężnik = wjeżdżasz w krawężnik.
I tu wchodzi dobry instruktor. Cały w czerni, spokojny jak weterynarz uspokajający rozwścieczonego byka, i mówi rzeczy, które brzmią absurdalnie, dopóki nagle nie okazują się prawdą objawioną.
„Nie patrz pod koło”.
„Rozluźnij ręce”.
„Ściśnij bak kolanami”.
„Delikatnie puść sprzęgło”.
„Nie walcz z kierownicą”.
Aaa tak... Kierownica. Początkujący motocyklista bardzo chce walczyć z kierownicą. To naturalny odruch człowieka dosiadającego maszyny, która w sekundę, dwie, trzy osiąga prędkości znacznie przekraczające jego zdolność logicznego myślenia.
I wtedy dochodzimy do przeciwskrętu. Czyli momentu, w którym internet przestaje być twoim przyjacielem. Bo gdy wpiszesz w wyszukiwarkę „jak skręca motocykl” albo „jak działa przeciwskręt”, trafisz na milion ekspertów tłumaczących temat tak, jakby chodziło o działanie komputera kwantowego. A od instruktora usłyszysz:
– Naciśnij prawą stronę kierownicy, motocykl pojedzie w prawo.
I nagle wszystko działa
To jest właśnie wartość kryjąca się w takim kursie. Chociaż w zasadzie nawet nie kursie, bo mówimy tu o 1–2 godzinach. Nie uczysz się, jak zdać egzamin. Uczysz się, jak nie zrobić z siebie kredowego obrysu przy wyjeździe z osiedla. To gigantyczna różnica.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego – mianowicie jak bardzo motocykl nagradza spokój. Na rowerze można być nerwowym. Można się szarpać. Można ratować sytuację siłą. Motocykl tymczasem reaguje na nerwowość jak koń na fajerwerki. Im bardziej panikujesz, tym bardziej wszystko się rozpada.
Dlatego te dwie godziny między pachołkami były warte więcej niż setka filmów na YouTube od ludzi o nickach typu „MotoKozak69”. Instruktor widzi od razu, że źle siedzisz, patrzysz pod koło, spinają ci się barki, masz zblokowane łokcie albo próbujesz skręcać jak na swoim Wigry-3.
A najlepsze jest to, że taki dzień kosztuje śmiesznie mało w porównaniu z potencjalnymi konsekwencjami. Jedna parkingowa gleba niemal na pewno wyniesie cię drożej niż te parędziesiąt czy sto złotych, które wydasz na takie szybkie przeszkolenie. Nie wspominając już o tym, że asfalt bardzo szybko weryfikuje pogląd pod tytułem: „eee, jakoś to będzie”.
Ja z placu wracałem z dwoma wnioskami. Pierwszy: żona miała rację. Drugi: bez tych dwóch godzin prawdopodobnie wykosiłbym w pierwszym tygodniu osiedlową latarnię, podświadomie próbując skręcić rowerowo. To, że jeździsz rowerem od trzydziestu lat, nie znaczy, że umiesz prowadzić motocykl. Znaczy tylko tyle, że masz wyczucie równowagi. Reszta jest do nauczenia.
I nie – nie twierdzę, że po kursie stajesz się Rossim z Radomia albo Marquezem z Marek. Nadal jesteś początkującym kierowcą motocykla. Nadal możesz spanikować. Nadal może ci zgasnąć silnik na skrzyżowaniu, zwłaszcza kiedy w aucie obok siedzą atrakcyjne dziewoje, i poczujesz się jak ostatni idiota we wszechświecie.
Nie twierdzę też, że bez szkolenia się nie da. Da się. Może masz naturalne predyspozycje. Może szybko łapiesz. Może masz farta. A może nie. Sprawdzanie tego w ruchu drogowym, między samochodami, autobusami i ciężarówkami, wydaje się nienajlepszym pomysłem.
A na motocyklu – bez względu na pojemność – nie ma taryfy ulgowej. Tu nie ochronią cię poduszki, kurtyny i strefy zgniotu. Tu to ty jesteś strefą zgniotu.



















