REKLAMA

Nagrywał drogę i donosił na policję. Teraz sam zapłaci

Mieszkaniec Mazowsza powiesił na posesji kamerę, którą wycelował w drogę publiczną i teren należący do sąsiadów. Nagrania wysyłał na komisariat razem z zawiadomieniami o wykroczeniach. Urząd Ochrony Danych Osobowych wystawił mu za to rachunek na 1470 zł.

Nagrywał drogę i donosił na policję. Teraz sam zapłaci
REKLAMA

Tak się kończą próby wchodzenia w kompetencje organom ścigania. Bohater tej historii postanowił wyręczyć policję w rejestrowaniu wykroczeń w pobliżu swojej posesji. Zamontował więc kamerę i zaczął nagrywać. Problem w tym, że nie tylko swój teren, ale też odcinek drogi publicznej.

We wrześniu 2025 r. UODO nakazał mu przestać nagrywać sąsiadów, bo monitoring wychodził poza granice jego działki i obejmował sąsiednią nieruchomość oraz drogę. Decyzja uprawomocniła się 16 października 2025 r. i na tym historia mogła się zamknąć.

REKLAMA

Jak się łatwo domyślić, nie był to jednak koniec. W grudniu 2025 r. i w styczniu 2026 r. sąsiedzi znów napisali do urzędu, że kamera jak nagrywała, tak nagrywa dalej. Jako dowód wskazali materiały, które właściciel sam dostarczył na komendę razem z zawiadomieniem o wykroczeniu drogowym. Urząd dostał potwierdzenie od policji: nagrania z listopada i grudnia 2025 r., na których widać wizerunki skarżących.

Gdzieś w połowie stycznia tego roku mężczyzna złożył kolejne zawiadomienia i dołączył do nich w sumie dziewięć nagrań. Sam dostarczył organowi komplet dowodów przeciwko sobie. Trudno o lepszy przykład tzw. samozaorania w wysokiej rozdzielczości.

„Kamera patrzy na moje” kontra kamera obrotowa

Tłumaczenie brzmiało znajomo: kamera zawisła na posesji, bo skarżący dopuszczali się czynów na szkodę właściciela i jego rodziny. Przekazywane materiały miały charakter incydentalny. Urząd dopatrzył się natomiast problemu gdzie indziej. Okazało się bowiem, że jeszcze w styczniu 2026 r. wisiała tam kamera obrotowa, którą dało się skierować poza własną działkę. Dopiero w marcu zastąpiła ją kamera stacjonarna.

Wychodziło więc na to, że przez pięć miesięcy od uprawomocnienia decyzji mężczyzna niewiele sobie z niej robił. Prezes UODO uznał, że poprawa nastąpiła za późno, i sięgnął po karę pieniężną. Wyszło 1470 zł – w ocenie organu proporcjonalnie, skutecznie i odstraszająco.

REKLAMA

Tymczasem Unia już dawno temu wyznaczyła granicę, tylko mało kto o niej pamięta. W 2014 r. Trybunał Sprawiedliwości UE orzekał w sprawie obywatela Czech, który po serii ataków na swój dom zamontował kamerę, która rejestrowała też wejście i chodnik. Nagranie pozwoliło zidentyfikować dwóch podejrzanych o wybicie okna. Tyle że jeden z nich zakwestionował legalność samego nagrywania i wygrał – czeski organ ochrony danych ukarał właściciela kamery.

Trybunał uznał wizerunek zarejestrowany kamerą za dane osobowe, stwierdzając przy tym, że monitoring sięgający przestrzeni publicznej nie mieści się w wyjątku dla czynności osobistych lub domowych. Wyrok zapadł jeszcze na gruncie poprzedniej dyrektywy z 1995 r., ale te same zapisy przeniesiono potem do RODO. Sąd krajowy może za to wziąć pod uwagę prawnie uzasadniony interes właściciela w ochronie życia, zdrowia i mienia.

REKLAMA

Od egzekwowania są inni

To nie pierwsza taka decyzja w tym roku. W lipcu UODO informował o decyzji z maja w sprawie, która również dotyczyła kamer rejestrujących obraz i dźwięk przez całą dobę i sięgających sąsiednich posesji oraz drogi. Tamten zestaw też służył do inicjowania spraw o wykroczenia.

REKLAMA

Tam kara okazała się dotkliwsza – kosztowało to 26 711 zł. Warto przy tym pamiętać, że widełki są znacznie szersze: za nieprzestrzeganie nakazu organu nadzorczego, jakim jest prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, RODO przewiduje karę do 20 mln euro.

W obu sprawach sens uzasadnienia był w zasadzie ten sam: zapewnianie porządku publicznego nie leży w gestii podmiotów prywatnych i nie wykonuje się go domowymi kamerami.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której właściciele kamer zwykle nie myślą. Według prawa osoba nagrywająca cudzą działkę i drogę staje się administratorem danych osobowych, a to oznacza szereg obowiązków. Trzeba umieć m.in. wykazać, że przetwarzanie jest zgodne z prawem. Mieszkaniec Mazowsza wykazał coś odwrotnego.

REKLAMA

A co z wideorejestratorami w autach?

Żadna z tych decyzji nie uderza w kamerę samochodową. Rejestrator nagrywający z pojazdu w ruchu nie prowadzi stałej obserwacji konkretnych osób pod ich domem. Przekazanie takiego nagrania policji też nie narusza prawa. Kłopoty mogą natomiast zacząć się później, na etapie postępowania. Za niestawienie się na ewentualne przesłuchanie policja grozi bowiem grzywną. Zupełnie osobna kategoria to auta, które nagrywają same z siebie i wysyłają dane w świat.

Wniosek dla właścicieli przydomowych kamer jest więc prosty: jeśli nie chcesz problemów z urzędem i kar, ustaw sprzęt tak, żeby patrzył tylko na to, co faktycznie należy do ciebie. Kamera obrotowa wycelowana w sąsiada kosztuje 1470 zł i tytuł najmniej lubianego mieszkańca ulicy.

REKLAMA
Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.

REKLAMA
REKLAMA